Nie wiem Inga,
w Lublinie gdzie kończyłam studia zabijali się o ten kierunek, było może 25 osób na miejsce. Ja się dostałam ale na styk, trudno mi w to uwierzyć. W zasadzie nie chciałam tam iść, ale już gdzieś opisywałam, że tak mi doradzono pod presją. Stało się tak jak się stało i zaczęłam tam studiować. Wszyscy nas oczywiście zapewniali, mydlili nam oczy, że jesteśmy wybitnym kierunkiem, zdobędziemy wiedzę, dzięki której mamy szansę mieć na prawdę dużą przewagę w życiu. Jakkolwiek oni tę przewagę rozumieli, ja już nie wnikam. Od pierwszego roku krytykowali wszelką ezoterykę i to co się z nią wiązało - katolicka terapia rządzi

Ludzie zwyczajni studenci - oczywiście spotkanie integracyjne, dużo osób się upiło, bo widziałam to potem na zdjęciach na fejsie. Już krzywo na to patrzyłam i nie rozumiałam o co z tymi studiami chodzi. A wykładowcy dalej nam mamili, że jesteśmy cudowni, że tak rozchwytywani będziemy - a ja nawet nie wiedziałam, że po tym nie ma pracy, tylko trzeba mieć znajomości i masę dodatkowych szkoleń i uprawnień.
Wiele zajęć mnie ostro denerwowało, szczególnie jak prześmiewali tematy i terapie, którymi ja sobie pomogłam. Oni uważają się po prostu za lepszych od innych "pomagaczy".Przez długi czas nie mogłam tam nic zdać, ponieważ ich filozofia i moja głęboko się kłóciły. Nie podobało mi się rycie na pamięć. Rycie na pamięć oznacza brak zrozumienia, brak wrażliwości. Po kij mi setka definicji osobowości? Albo 200 nazwisk terapeutów niemieckich, którzy przyczynili się do rozwoju psychologii? Przez pierwsze lata stos głupot, których nie mogłam sobie przyswoić.
Ludzie jak ludzie. Moim zdaniem większość idzie ze względu na modę, na chęć dominacji, z powodu niskiej samooceny. Zdarzały się jak wszędzie dziewczyny tzw suki, obgadujące i śmiejące się gdy je mijasz. Z takiego powodu, że jesteś gorzej ubrany, lub widać po tobie problemy. Obgadywanie, śmieszki, były na porządku dziennym. Ja się trzymałam z cichymi dziewczynami przypominającymi zakonnice, ponieważ stanowiły mniejsze zło. Przynajmniej nie atakowały. Gdy przyszło co do czego i zwierzyłam im się z moich problemów na 3 roku, żadna nie wiedziała co z siebie wydusić. Po miesiącu mojego żalenia się, a było fatalnie - powiedziały - Anka, my byśmy się chyba zabiły na twoim miejscu ; p
Normalnie zdębiałam. Wtedy już wiedziałam, że psycholog, który jest zamknięty, ma klapy na oczach, czy to katolickie, czy ogólnie jest tępy, bo nigdy nie pracował nad sobą- w żaden sposób nie pomoże. To co opisujecie jest dosyć częste. Podczas studiów, spotkałam może 2-3 wykładowców, na prawdę otwartych, niekatolickich, szczerych. Mieli uśmiech, wrażliwość, chęć wysłuchania. Ale to wymaga dojrzałości i pracy nad sobą. Ci co ze mną studiowali, może i mają wiedzę, ale podejrzewam, że jest to sucha wiedza i dostosowana do ich pojmowania świata. A ich problemy są nieco inne - niż np moje. Nie poszłabym do nikogo z moich znajomych na terapię, znając ich przez 5 lat. Dla mnie ktoś pijący i ograniczony w tematach książkowych, skupiony na rzucaniu testów psychologicznych jak go nauczyli - nie jest wiarygodny.
Myslę że te studia dla mody, dla kasy. Tak.
Ta terapia w której trzeba się po prostu wygadać to podstawowy sposób, którego nas uczyli. To zbieranie danych o kliencie. Gadasz gadasz przez pierwsze spotkania a teraputa mruczy i udaje ze stosuje aktywne słuchanie. Potem może zaproponować dłuższą bądź krótszą terapię. I bez względu na nurt w jakim działa, jest uczony takiej beznadziejniej nienarzucającej się postawy, w której ni to się uśmiecha ni jest obojętny. Trudno stwierdzić. Zdarzają się dobrzy psychologowie, ale ja tylko o takich czytałam, niewielu spotkałam.