Już wiem, o co chodzi z tą ucieczką od siebie. Przypomniałam sobie

Tu nie chodzi o jakąś konkretną rzecz. Albo inaczej: Chodzi o konkretną rzecz, ale nie jedną. Chodzi o wszystko to, co mi się we mnie nie podoba, co oceniam negatywnie, co boli. Od tego uciekam. Nie chcę się tym zajmować, bo nie jest to przyjemne. Łatwiej jest o tym zapomnieć i spijać śmietankę swoich poprzednich uzdrawiających działań (np. w postaci dobrego nastroju)

Kiedy to, co oceniamy negatywnie nabrzmiewa do zbyt wielkich rozmiarów, żeby móc od tego uciec, to się tym zajmujemy. Ale kiedy jest już lepiej, zazwyczaj dobry nastrój (wysokie wibracje) tak wciąga, że nie chce się wracać do tego, co jeszcze zostało z negatywów. I od tego zwyczajnie się ucieka. Czyli ucieka się od siebie.
Przede wszystkim dlatego, że – tak jak pisałam wyżej – człowiek już zasmakował wyższych wibracji i nie chce wracać do tego, co sprawia mu ból. Przecież jest tak pięknie!
Ale ma to jeszcze (co najmniej) jedną przyczynę: Mianowicie chodzi o mechanizm uciekania od siebie, którego nauczyliśmy się w dzieciństwie. Pisze o tym A. Miller.
Zauważyła ona coś takiego, że w momencie, gdy terapia przynosi skutek, gdy pacjent zaczyna czuć się dobrze, pewnie, wtedy najczęściej robi coś, co oddala go od siebie i często niweczy pozytywne skutki terapii. Np. organizuje przyjęcie, czy w ogóle rzuca się w wir spotkań towarzyskich. Robi to wtedy, gdy jego uzdrowienie jest jeszcze na tyle nie ugruntowane (wymagające dalszej pracy, dalszego skupienia się na sobie), że bardzo łatwo o nawrót choroby.
A robi tak dlatego, że tego został nauczony w dzieciństwie. Został nauczony lęku przed sobą, przed swoim światem, przed byciem tylko ze sobą, przed zajmowaniem się tylko sobą.
Kiedy dziecko zaczyna dobrze się ze sobą czuć, zaczyna wchodzić w głębszy kontakt ze sobą, rodzice - powodowani lękiem - natychmiast mu to przerywają, twierdząc, że powinno ono robić coś konstruktywnego, a nie np. myśleć o niebieskich migdałach, czy tracić czas na pierdoły.
I w ten sposób w dziecku powstaje przeświadczenie, że zajmowanie się samym sobą, bycie ze sobą w bliskim kontakcie jest niebezpieczne.
[Wczoraj, gdy weszłam w głębszy kontakt ze swoimi uczuciami na ten temat, dotarłam do lęku przed śmiercią. Trudno się więc dziwić, że uciekałam od zajmowania się sobą.]
Wracając do mnie: Mam jeszcze masę spraw do uzdrowienia. Weźmy np. takie ciało. Mam np. "nieuleczalną" chorobę tarczycy i inne dolegliwości, które aż proszą się, by się nimi zająć (a właściwie to ciało prosi). A ja zamiast to zrobić, zajmuję się innymi.
Dość tego! Pora naprawdę znów zająć się sobą na poważnie

W końcu jestem dla siebie najważniejsza

)) A inni mają siebie
