Nie pojechałem na wigilię. Ostatnio byłem przytłoczony, wiedziałem że sie we mnie wzbiera coś, i spałem dzisiaj do 13. Obudził mnie mój brat z wyrzutem że nie pojechałem tam i jeszcze nie ubrałem choinki. A wczoraj mój ojciec już mnie naciskał żebym jechał do nich wczoraj a nie dzisiaj. Czułem coraz bardziej że nie chcę tam jechać. Potem ktoś jeszcze zadzwonił i dostałem ataku paniki i szału, krzyczałem że jeśli jeszcze raz mnie do czegoś zmuszą to ich pozabijam. Trwało to z 3 godziny, płakałem, krzyczałem na przemian i modliłem się żeby sąsiedzi nie zadzwonili po policję albo po szpital psychiatryczny. Potem przespałem trochę, moja mama zapytała czy może do mnie ona przyjechać po wigilii, pozwoliłem jej pod warunkiem że mój ojciec nie przyjedzie z nią. I będzie o 20 i trochę się cieszę ale nie ufam nikomu z mojej rodziny.
Kuzynka z którą się widzę tylko w święta napisała mi smsa że brak mnie tam, że dla niej święta to zawsze pogaduchy ze mną i że ma nadzieję że przyjadę. A ja tylko czuję że chcę płakać i uciekać. I czuję się jak gnębione nic nie warte gówno.
Całe życie wszystko robiłem albo pod przymusem, albo ze strachu. I czuję się przez to jak w klatce. Mierzę czas do momentu w którym muszę wstać z łóżka, sprzątam pokój bo muszę bo ktoś mnie zjebie i będzie prześladował, itd. a to są przecież najprostrze rzeczy.
Mam śmietnik w pokoju, ubrania porozrzucane po podłodze, niepozmywane talerze i czuję że zaraz to zacznę zbierac bo się boję.