Ale miałem dzisiaj słodko-gorzki dzień w pracy. Od dłuższego czasu mówiło się, że będziemy siedzieć do połowy września, choć z początku mieliśmy tylko do końca sierpnia. Dzisiaj się jednak okazało, że nasze szefowe wezwały sobie kilka osób i jedynie im zaproponowały to dłuższe siedzenie. Potrzebne było tylko 7 z ponad 20 osób i tak wyszło, że z całej mojej aniołkowej ekipy tylko mnie nie wzięli. Trochę mnie to zabolało, chyba bardziej ze względu na przypomnienie sobie jakiegoś takiego karmicznego rozdzielenia od moich aniołków niż ze względu na stracone zarobki.
Poszedłem się zapytać co i jak, dowiedziałem się że lista jest zamknięta i poszła już do rektora, więc zapytałem czy nie dałoby się coś jeszcze zrobić, itp, więc coś tam mi obiecały, że być może da się coś zrobić, ale chyba mnie po prostu zbyły. Koleżanka mnie pocieszała, żebym sobie zwizualizował że się uda i będzie dobrze, a kilka godzin później dostałem info, że jednak mnie wezmą - nie dlatego, że sobie cokolwiek wizualizowałem, ale dlatego że ta koleżanka poszła tam sobie niby poplotkować, a w rzeczywistości tak pogadać żeby mnie wzięli i jej się udało. To było naprawdę kochane z jej strony, szczególnie że zrobiła to sama z siebie.
Z początku też mi lekko siadło samopoczucie, bo poczułem się jako gorszy pracownik i niedostrzegany, ale w sumie jak spojrzałem kogo wzięli to okazało się, że to są osoby, które szefowe po prostu bardziej kojarzą i które lubią, ze względu na to, że te osoby więcej pracowały z nimi. Ja siedziałem głownie przy przyjmowaniu teczek, więc do szefowych chodziłem głównie przy wszelkiego rodzaju problemach i niepewnościach, więc pewnie kojarzyłem im się głównie z komplikacjami i kłopotami

No ale grunt że się wszystko ułożyło, choć pewien niesmak wciąż czuje, więc będę musiał się temu bliżej przyjrzeć.