Ufff
Choć czuję się jak wojownik po ciężkich starciach wojennych,to nie żałuję,że otwarłam się na czucie siebie-jestem prawie cała bólem,ale przynajmniej ciało komunikuje wreszcie,CO dokładnie jest do zrobienia i jakie emocje blokowałam...Nie mam zamiaru się tym napawać ani rozsmakowywać,potwierdzają sie moje wczesniejsze przypuszczenia...Bałam się posłuchać swojego głosu wewnętrznego,a jednak dobrze radził-poddaj się,nie walcz,to już nie twoje batalie,nie masz w tym już ŻADNEGO interesu...
I dziwnie jest,pod warstwą poczucia winy i niezasługiwania rozkokosiło się całkiem wygodnie stworzenie złożone ze zlepka sinusoidy dziwnej samooceny-górki i dołki,w tę i nazad...Jazdy emocjonalne też :-P...A co najlepsze,niewiele w tym MNIE tej prawdziwej,naturalnej,pierwotnej.
A co z tego najlepsiejsze-ego wpadło w panikę,bo mu się kolekcja żołnierzyków ulubionych rozwala i nie ma się czym bawić,hahaha...I nie ma się pod co podpiąć,bo mu się taktyka wojenna była poszła łaskawie przejść i nie wrócić :-DDD...
A ja-czuję lęk,taki dziwny,bo stwierdzam,z resztą po raz już kolejny-że ja właściwie nie znam siebie,nie wiem kim tak naprawdę jestem-jaka jest ta moja prawdziwa nieokiełznana boska natura...Pod tym całym wielowarstwowym płaszczem wzorców i wyobrażeń,które powoli opadają może się kryć całkiem niezła boska niespodzianka...Vide-boję się odkryć prawdziwą siebie-bo nie wiem,jaką siebie tam zastanę-no niezłe jaja ;-)...