Feli
Mnie się w ogóle podoba całe spotkanie Małego Księcia z Lisem
lubie to czasem poczytać
A dla mnie "Mały Książę" był zdecydowanie za smutny, dlatego przeczytałam go tylko raz (po to, żeby zobaczyć, co takiego ludzie w nim widzą

Ja wolę bardziej radosne książki, jak np. Pippi Pończoszanka

)
Fel,
Czy twoje marzenie nie wygląda tak, że chciałbyś aby świat komunikował się z tobą za pomocą uczuć, tak jakbyś jakbyś była zanurzona w ocenia uczuć, miłości, radości itp. Świat byłby tym oceanem i te uczucia zmieniały się własnie tak lekko, jak przypływy i odpływy, w całej gammie swoich barw. A także sama była byś tym oceanem barwnych uczuć dla innych. Czy wtedy mogła by się wyrazić w pełni.
Lukasz, to, co opisałeś to dla mnie ideał

)) Coś pięknego!

Ale ja jestem realistką i póki co wystarczyłoby mi, żeby osoby, z którymi rozmawiam nie przywiązywały zbyt wielkiej wagi do słów, ale starały się zrozumieć sens tego, o czym mówię. To już było coś
Choć jak tak się głębiej zastanowić, to chyba już tak jest (a przynajmniej nie mogę sobie przypomnieć, żebym ostatnio narzekała na to, że ktoś mnie nie rozumie, wręcz przeciwnie), więc jest całkiem dobrze

Już wiem, jak opisać te modlitwy uczuciami (choć na pewno nie zrobię tego idealnie, bo to niemożliwe).
To co robię, można określić słowem "poddanie". Poddaję Bogu to, o co się modlę. Oczywiście nie mówię, że poddaję (bo gdy tak robiłam to moje ego/pś reagowało lękiem i buntem), ale odczuwam to. Gdy się to odczuwa, to wtedy ego/pś nie może się do tego w żaden sposób przyczepić i faktycznie się poddaje Bogu

W tym uczuciu jest zawarta cała wdzięczność, za to, co jest i będzie, pewność, że będzie tak, jak ma być (czyli po bożemu/WJ) i totalna ufność, że cokolwiek się zdarzy, to będzie zgodne z ND. Jest tam też radość, no bo jak się tu nie radować z tego wszystkiego?

)
Kiedy modlę się przed wyjazdem, to poddanie dotyczy mojej osoby i innych kierowców na drodze, kiedy jest to modlitwa wstawiennicza, to poddanie dotyczy tej osoby, itd.
Fajnie, że wyszła ta sprawa z modlitwą na forum, bo w trakcie rozmyślania o tym, uświadomiłam sobie, że robię to za rzadko. Tylko w przypadku "grubszych" spraw. A przecież fajnie byłoby poddawać Bogu dosłownie WSZYSTKO

Ale chyba na to nie jestem jeszcze gotowa (czuję lekki opór), bo wtedy byłoby jak w raju, hehe. Jednak zwiększenie częstotliwości modlitw na pewno mi się przyda, zwiększę więc o tyle, na ile jestem gotowa

Nie kumam tego schematu, w większości przypadków kiedy się czymś pochwalę (a co jest świeże lub jeszcze nie skończone) efekt szlag trafia, choćby tylko na jakiś czas. Za chwilę już nic nikomu mówić nie będę żeby wszystko mi się układało jak należy.. 
Karola, ja też tak miałam, ale – podobnie jak Kinga – przejściowo. Bo tak jak piszesz dzieje się wtedy, gdy uwolnisz sporą część negatywnej energii blokującej sukces, na tyle dużo, żeby ten sukces odnieść, ale coś jednak pozostanie. I potem to coś (w postaci lęku, czy poczucia winy) ujawnia się w sytuacji, gdy znów to "poruszysz" (czyli np. pochwalisz się efektami).
I dobrze

Bo przecież lepiej, by się ujawniło, niż miałoby bruździć z ukrycia, albo siedzieć nadal w ukryciu i pojawić się w najmniej oczekiwanym momencie. A tak przynajmniej widać to jak na dłoni, a więc można to uwolnić

Zauważyłam, że za pierwszym razem trudno uwolnić wszystkie negatywne energie związane z danym problemem. Schodzą tak jakby warstwami. Być może jest to kwestia uważności: W przeszłości byliśmy przecież przyzwyczajeni do wypierania negatywnych uczuć (czyli do ucieczki od nich), więc może teraz z rozpędu reagujemy tak samo. Czyli na zasadzie "jest już tak miło i pięknie, że nie chcę szukać na siłę czegoś, co nie jest przyjemne". Ale od tego nie ma ucieczki ;P Dlatego lepiej zmierzyć się z tym wcześniej, niż później. I mieć to z głowy

Ale być może nie jest to kwestia tylko i wyłącznie uważności i mechanizmu uciekania od niemiłych spraw. Może po prostu te negatywne uczucia schodzą partiami i jest to naturalne. No nie wiem, póki co trudno jest mi powiedzieć, ale jakoś specjalnie nad tym nie myślę, bo uważam na to, żeby zbytnio tego nie rozkminiać rozumowo, tylko robić swoje

Tak więc ja specjalnie szukam takich okazji, by wyszło ze mnie coś, czego nie widzę (oczywiście po to, by to uwolnić). I przynosi to świetny skutek, bo widzę, że z biegiem czasu tych lęków i poczucia winy, smutku, złości, itd. jest coraz mniej

I już nie obawiam się, że jak się pochwalę, to coś się spieprzy

Ale z mojego doświadczenia widzę, że taka energia ma wyłącznie deststruktywny na nas wpływ, gdy sami czujemy się winni i co za tym idzie niezbyt bezpiecznie z własnymi sukcesami (oczekiwanie na atak). Jak się ugruntuje bezpieczeństwo i niewinność + boską moc i ochronę, to człowiek jest nie do ruszenia przez klątwy i złe życzenia
.
Ja też zauważyłam, że złe życzenia działają dopóty, dopóki mogą "zaczepić się" o negatywne emocje typu lęk (przed nimi), czy poczucie winy.
Natomiast kiedy nie oddajemy im mocy, to one działają podobnie jak Burek na łańcuchu, który na nas szczeka: niby szczeka, niby wygląda groźnie, ale co z tego?

) Choć wiadomo, że lepiej jest unikać Burka (jak się da), bo po co mam słuchać szczekania, skoro nie lubię?
