Zauważyłam ostatnio, że niektórzy manipulują stwierdzeniem "przykro mi...". Robią nadużycie, często świadomie działając na czyjąś szkodę, a potem "przykro mi..."
Przykro to może być osobie poszkodowanej, a nie temu co robi nadużycie, gdy wcale nie ma w tym autorefleksji, że się coś zmieni, czy przepraszam, czy zadośćuczynienia. Coś w rodzaju "przykro mi , a przekaz podprogowy: więc cierpię, to masz mnie ratować, zapomnij o sobie, to ty masz siedzieć cicho i nie robić zamieszania, bo przecież wyraziłam/em swoje uczucia".
Dziwny trend, podejrzewam jakieś białoastralne próby wpływania na uczucia innych, żeby dawali się manipulować "no, bo jak przykro, to przecież jak mi nie ulegniesz, to ja jestem ofiarą i masz mnie ratować lub coś oddawać swoim kosztem". Takie kupczenie tym słowem.
Ciekawe czy to stało się bardzo powszechne, czy dopiero wchodzi jako pewien wzorzec i zaburzenie w relacjach.