Gdzie nie pójdę jakiś ranny zwierzak, zagubiony, piszczący lub potrzebujący pomocy. Wracam sobie ze spaceru, aż tu nagle - na środku ulicy...jeż. Mały, okrągły i patrzy niestety na mnie. I cóż ja mogę w takiej sytuacji począć. Jakbym nawet udała sama przed sobą, że go nie zauważyłam i ktoś inny mu pomoże - to spać bym nie mogła ;p
Musiałam go zanieść do lasu, a że las był daleko to szłam ponad godzinę i prawie mi ręce odpadły. Jeż mi się wbijał w brzuch, owinęłam go bluzą, wcisnąl mi nos pod ramie. Ludzie się dziwili co ze sobą niosę ; p
Już nie wspomnę o tym że jez mnie podgryzał co jakiś czas ; ) Miał tak uroczy ryjek i oczka, że nie mogłam go zostawić w centrum ; p
Gdy już dotarłam do lasu musiałam pokonać swój lęk przed ciemnością, świateł w lesie nie ma - musiałam podejść ze 200metrow z tym jeżem. Jak tylko nosem wyczuł wilgoć, swoje ulubione pędraki i liście, próbował mi z rąk skakać jak z trampoliny na co mu nie pozwoliłam ;p Zostawiłam go przy krzaczkach. Potem wracałam wracałam i nie wiedziałam że tak daleko zaszłam. W końcu dotarłam do miasta - a tam z restauracji leci pioseneczka...orkiestra i słowa "szła dzieweczka do laseczka, do zielonego, haha..." Oto koniec uroczej historii ; p
Nogi mi odpadają
