Tak mnie dzisiaj wzięło, żeby zrobić sobie prenatalkę (Leszkowe nagranie z odliczaniem w temacie). Wcześniej robiłem ją kilka razy, ale praktycznie na samym początku swojego rozwoju - minęły więc spokojnie z dwa lata od ostatniego razu i było widać różnicę - wtedy mnie dość mocno rzucało, teraz było spokojnie i dużo głębiej (momentami czułem naprawdę intensywnie jakby się to wszystko działo teraz).
Przypomniałem sobie jak matka o dowiedzeniu się o tym, że jest w ciąży nie była pewna co zrobić - chciała mieć dzieci, ale jeszcze nie tak wcześnie. W tamtych czasach aborcja podobna nie była wielkim problemem w tym kraju i mam wrażenie, że chętnie by skorzystała z tej opcji, ale ojciec się ucieszył z tej ciąży (teraz miał pewność, że już mu mamuśka nie odejdzie, ślubu jeszcze nie mieli) i matka sama dobrze nie wiedząc czego chce - uległa jego entuzjazmowi. Potem miała przez jakiś czas jeszcze nadzieje, że może poroni czy coś.
Mnie to psychikę mocno zaroało - wbiłem sobie, że jestem zbędnym człowiekiem, które najlepsze co może zrobić to umrzeć, aby nie zawadzać innym. I naprawdę w taki sposób się czułem przez większość życia, zawsze odsuwałem się w cień, starałem się nie wyróżniać i robiłem wszystko, aby mnie było jak najmniej w życiu innych. Zawsze odczuwałem że jeżeli ktoś zajmuje się mną czy moimi sprawami, to jest to z jego strony jakieś poświęcenie i czułem się przez to winny. Stałem się więc niewidzialnym człowiekiem, którego ciągle pomijano, którego potrzeby nie miały znaczenia, którego imienia wielu nawet nie pamiętało. Ojciec miał potem problemy na zebraniach jak chciał z nauczycielem jakimś coś załatwić, bo większość nie potrafiła skojarzyć o kim mowa

Jako, że chodziło tu o matkę - miało to też ogromny wpływ na relacje z kobietami. Ubzdurałem sobie, że dla każdej będę tylko problemem, który powinien zniknąć. I tak też dobierałem sobie obiekty westchnień, że gdy już dana dziewczyna dowiedziała się, że żywię do niej jakieś uczucia - jasno dawała mi do zrozumienia, że sprawiam jej tylko kłopot tym i najlepiej by było, żebym się jak najszybciej odczepił. Odrzucenia były z reguły dosyć chamskie i bolesne, miały mi przypominać o tym, że moje istnienie w cudzym życiu jest tylko problemem dla innych.
I właśnie takie przekonania stały się jednym z fundamentów mojej osobowości w tym życiu. Na szczęście wcześniej dość dużo pracowałem z tymi tendencjami, które swoje źródło miały dużo wcześniej i coś tam ładnie odpuściło, gdy nagle w trakcie przyszła uwalniająca świadomość - że przecież nastawienie moich rodziców, ich oczekiwania, pragnienia i presje w żaden sposób nie definiują tego kim jestem, jaki jestem. Uświadomiłem sobie, że przecież moje jestestwo jest całkowicie niezależne od nich!
Jak się skończyło to nagranie, to przez kolejne pół godziny siedziałem jeszcze i cieszyłem się samym pięknym uczuciem na splocie słonecznym - poczułem prawdziwe, przepiękne, cudownie spokojne centrum siebie. Rozlewało się ono w wyjątkowo przyjemny i błogi sposób po całym ciele, dając uczucie takiej... niezależności od ograniczających wyobrażeń o sobie. Poczułem też dużo miłości do moich rodziców, nie miałem do nich żadnego żalu, nie musiałem nawet przebaczać - po prostu wypełniła mnie bezwarunkowa akceptacja dla nich, dla ich sposobu przejawiania się, ich decyzji. W końcu nie miały one żadnego wpływu na mnie prawdziwego! One miały tylko wpływ na moje ego, na moją sztuczną osobowość. Kształtowały ją dosyć mocno, ale co z tego? To i tak tylko sztuczny twór, który ma znaczenie tylko dlatego, że sam mu je nadałem. Rodzice więc nigdy nie wyrządzili mi realnej krzywdy, oni tylko pomagali mi w kształtowaniu tego czego sam swoimi intencjami chciałem. Tutaj każdy tylko odegrał swoją rolę w tym całym teatrze karmy.

Ah, naprawdę kocham tą cudowną istotę, która we mnie jest.
