Może nie u każdego tak to wygląda, ale u siebie zauważyłem że puszczenie przymusów to dopiero połowa drogi, a drugą połową jest nauczenie się żyć w sposób spontaniczny, z radością i entuzjazmem korzystając z Boskich darów, szans i możliwości. Właśnie ta druga połowa to dla mnie pewne wyzwanie, które aktualnie mam na tapecie.
W każdym razie myślę, że u ludzi którzy długo żyli wszelkiego rodzaju przymusami w postaci nakazów, ograniczeń, misji, itp. samo puszczenie tych przymusów może doprowadzić do uczucia pewnego zawieszenia - z jednej strony jest ten luz, że już nie trzeba, że można olać, a z drugiej zostaje wciąż wiele elementów nadbudowy tych obciążeń np. zniechęcenie do działania, przekonania że to małe atrakcyjne czy męczące i całe masy innych negatywnych skojarzeń z czynnościami, które wcześniej wykonywaliśmy pod przymusem.
Pułapką może być to, że mamy negatywne wyobrażenia związane z konkretnymi działaniami, a jednocześnie pojawiła się świadomość że już ich nie musimy robić - naturalnym odruchem więc będzie zaprzestanie tego i delektowanie się świętym spokojem. Rzecz w tym, że hamuje to nas w
pełnym przejawianiu naszego potencjału, ograniczając możliwości z których moglibyśmy skorzystać. Jeśli chcemy sięgać po tą pełnie, musimy się nauczyć że pewne działania można wykonywać zupełnie inaczej - bez presji, z radością, entuzjazmem i wsparciem Boga. Żeby się tego nauczyć trzeba jednak wpierw podjąć świadomą decyzję, że się tego chce i wyrazić swoją gotowość do działania, mimo że podświadomości będzie się to kojarzyć z ponownym włażeniem w rzeczy, od których dopiero co się uwolniło. A to może budzić bunt pś, która ledwo poczuła luz, a już znowu ma przekraczać jakieś granice osobistej wygody.
Czyli krótko mówiąc, cała sztuka polega na oduczeniu się działania wg ego i jednoczesnym nauczeniu się działania wg Boga
