Coś się znów u mnie zmienia, ale - niby idę do przodu, niby wokół więcej życzliwości, atmosfera w domu też dużo lepsza, a jednak coś uwiera i przeszkadza w całkowitym zlikwidowaniu napięć w ciele i odzyskaniu swobody. Dziś przyszło mi na myśl, że nie wolno mi być w pełni sobą, bo to jest dla mnie ... niebezpieczne. Że jestem za słaba, żeby być sobą i czuć się swobodnie. Że ktoś taki nie może tak po prostu chodzić po świecie, bo zaraz zostanie zaatakowany i zniszczony.
Odzywają się jakieś wzorce walki i braku akceptacji, a co gorsza nie umiem niestety rozróżnić, czy biorą się z dzieciństwa, czy z zupełnie innego czasu? wymiaru?
I odkrywam w sobie, że to pragnienie, żeby wejść w czyjąś skórę, poudawać kogoś innego, bierze się z przekonania, że tylko tak mogę ukryć siebie prawdziwą i uchronić się przed atakiem.
Trochę dziwne, prawda? Czy może też się wam to zdarza?