Bardzo dużo przez ostatnie tygodnie pracowałam nad sobą tą moją metodą wchodzenia w negatywne emocje, które się pojawiały w trakcie normalnych codziennych czynnośći. Dzięki temu wchodziłam w swoje dzieciństwo i ponownie przeżywałam tamte straszne lęki a przy tym miałam dużo uświadomień i odkryć. Przypominały też mi się moje metody pracy nad sobą jakie stosowałam w poprzednich wcieleniach. I teraz już wiem że to one mnie doprowadziły do mojej obecnej rodziny.
Mój obecny ojciec- strzyga, bywał moim nauczycielem duchowym. Mam z nim m.in. guru-jogę.
Przypomniało mi się jak mnie uczył, będąc moim przełożonym w zakonie, że wystarczy jeden błąd, jeden grzech a na wieczność pójdę do piekła gdzie się będę smażyć w ogniu piekielnym. A ja codziennie siedziałam i medytowałam nad tymi słowami, bo on mi kazał nad tym rozmyślać po to aby mnie w ten sposób ochronić przed piekłem. A wbijałam to sobie do głowy, ponieważ trzeba być posłusznym przełożonym, bo nieposłuszeństwo jest grzechem.
W tym wcieleniu wystarczył jeden błąd, jeden grzech nieposłuszeństwa, a karą była śmierć z rąk ojca.
W zakonach tak mnie nakłaniali do przebaczania innym: zobacz, ty też nie jesteś doskonała, ty też popełniasz błędy, dlaczego jemu nie chcesz przebaczyć błędu? Ty też jesteś winna, to dlaczego jego obwiniasz? Obecnie mama to samo mi powtarzała i tak samo kazała przebaczać. Efekt był taki że czułam się winna i atakowałam siebie.
Zawsze mam tak że jak się pochwalę to potem albo to tracę albo spotyka mnie za to jakaś kara. Zaplanowałam sobie że się czymś pochwalę na forum i poczułam lekki lęk. Zawsze taki lęk natychmiast zduszam. Tym razem weszłam w niego z wielkim trudem i ten lęk okazał się ogromny. Przypomniałam sobie że za chwalenie się byłam bita do nieprzytomnośći. Sama to bicie zlecałam bo tak bardzo chciałam się uwolnić od pychy, przechwalania się i chełpliwośći. A że wcześniej byłam magiem ogromną ilość razy więc te cechy miałam bardzo silne i nie mogłąm sobie z nimi poradzić. Teraz na myśl o chwaleniu się, byciu lepszą od innych czuję nieprzytomny strach, bo zapamiętałam że za chwalenie się jest bicie do nieprzytomnośći. Moja rodzina bardzo pilnowała aby nie była w niczym lepsza od nich.
Usłyszałam szybką muzykę i pomyślałam że takiej muzyki słuchają głupole i poczułam lęk. Weszłam w ten lęk głębiej i przypomniało mi się jak byłam bita po głowie, też na moje zlecenie, za to że innych uważam za głupich. W ten sposób sama chciałam się oduczyć wywyższania się i myślenia że jestem od innych mądrzejsza. W tym wcieleniu ojciec mnie bił po głowie.
Najdłuższą historię ma moja walka z pychą oraz niedoskonałością. Bo jak chciałam być doskonała to od razu włączała mi się pycha, a jak chciałam być pokorna to przestawałam być doskonała.
Ten dylemat pomiędzy pychą i doskonałością dziecko musi rozwiązać w pierwszych latach swojego życia. Ja nie miałam warunków aby sobie z tym problemem poradzić w dzieciństwie i dlatego ten konflikt tkwił we mnie do tej pory.
Ja nadal nie potrafię sobie radzić z własną niedoskonałością i nie potrafię znieść tego że taka jestem. Udało mi się wejść w uczucia 2-3 letniego dziecka które wie że jest doskonałe a z drugiej strony widzi że robi błędy czyli widzi że jest niedoskonałe co jest dla jego narcystycznej natury źródłem wstydu i upokorzenia. Ja też byłam przekonana o własnej doskonałości a tu życie pokazywało cos innego co uwłączało mojej godności i było dla mnie nie do zniesienia. W kochającej się rodzinie dziecko pokonuje ten etap rozwoju i godzi się ze swoją niedoskonałością, akceptując siebie takim.
Ja nie potrafiłam się pogodzić z tym jaka jestem i staram się zmusić siebie do bycia doskonałą strachem, groźbami i atakami na siebie. Dawno temu obiecałam sobie że zabiję siebie za każdą niedoskonałość. Teraz tak bardzo nienawidzę siebie za tę niedoskonałość że miałam ochotę walić siebie po głowie z całej siły.
Boję się że jak nie będę doskonała to sobie nie poradzę.
Mój ojciec karał mnie za każdy błąd a ja za każdym razem się bałam że mnie zabije.
Gotując ryż doszłam do tego lęku.
Chciałam włożyć torebkę ugotowanego ryżu do zlewu, patrzę a tam jest woda której nie spuściłam. Poczułam lęk bo popełniłam błąd, jakim było zapomnienie o niespuszczonej wodzie. Wiadomo, należała mi się kara. Dopuściłam ten lęk do siebie i poczułam się jak mała 2 letnia dziewczynka która popełniła błąd i teraz ojciec ją za to zabije. Bo ojciec tak jak Bóg, karał za grzech śmiercią. Ten lęk był tak straszny że wtedy prawie traciłam przytomność z teraz cos dziwnego zaczęło mi się dziać w głowie.
„ Malutka …… źle zrobiła i trzeba ją za to zabić, bo niegrzeczne dzieci są zabijane. Tatuś …… tylko ciupnie głowę, tak jak kogutowi, zaprowadzi ją do klocka i tam ją ciupnie, jak będzie niegrzeczna”
Taką karę mi ojciec obiecał za bycie niedoskonałą, taką jaką ja sama kiedyś sobie obiecałam.
To było moje ostatnie wspomnienie z bardzo wielu, po którym poczułam się zmęczona i zirytowana brakiem spodziewanych zmian.
To mały wycinek z tego co ostatnio przerobiłam i mysłałam że dzięki temu poczuję się lepiej.
Cały czas myślałam że to co robię, to wchodzenie w lęki, to jest przyjmowanie moich emocji.
Wczoraj byłam już bardzo sfrustrowana brakiem zmian i czułam się okropnie, bo nie wiedziałam co jeszcze innego mogę zrobić. Moja droga zmian dobiegła do konca i nie było przede mną drogi do przodu. Moja frustracja z tego powodu sięgła zenitu, bo ja nadal się bałam przy wykonywaniu każdej czynnośći i nadal bardzo się bałam ludzi, tak że się musiałam od siebie odcinać całkowicie.
Po wielu godzinach takiej frustracji, zniechęcenia, cierpień i poczucia że nic nie dam rady zrobić więcej, doszło do mnie że powinnam zacząć przyjmować te moje brzydkie, niechciane emocje i siebie wraz z nimi. To dla mnie coś zupełnie nowego, nieznanego i bardzo bardzo trudnego. Musiałam do tego się zmusić bo inaczej się nie dało. Nie znalazłam innego wyjścia, innego sposobu aby poczuć się lepiej. I zaczęłam przyjmować te emocje bez dochodzenia do ich przyczyn powstania, czyli przyjmować siebie z tymi emocjami które mi się pojawiają. To takie trudne, bo ja takiej siebie niedoskonałej nie chcę, ale muszę to robić, bo inaczej się nie da.
I efekty się pojawiły. Czuję się lepiej i jestem bardziej zmiękczona, łagodniejsza.
W w nocy miałam sen inny niż dotąd, bo byłam w nim na wyższym poziomie astralnym a ja też byłam inna.
Śniło mi się że miałam męża, człowieka pozytywnego i uczciwego, ubranego w jasną koszulę. I miała go zapytać jak to się stało że on się ze mną ożenił, że mnie chce, pomimo że ja mam tak silne wzorce odrzucenia i nie pozwalam się do siebie zbliżyć. Jak to się dzieje że mu to nie przeszkadza.
Cieszę się że udało mi się zrobić kolejny krok do przodu, ale nie mogę spocząć na laurach tylko cały czas próbować przyjmowac te moje lęki i siebie z nimi.