Leszek,
ale mi się posypało po wtorkowym wypalaniu węzłów.
O matce było mało, ale za to chyba skutecznie, bo w piątek (akurat wtedy się z nią spotkałam) tak mi dała popalić, że do dziś to czuję. I to intensywnie

Poczuła pewnie, że jej się ofiara z rąk wymyka, hehe. Jak powiedziałeś - w czasie zabiegu poszły (ostatnie już) resztki mojego uzależnienia od niej, czy coś w tym stylu. Tylko czemu takie to bolesne?
Otóż ni z tego ni z owego wyjechała mi z tekstem i oczywiście bolesną miną i łzami w oczach, no i z ogromną złością (tak, tak, wszystko w jednym

: "Tylko proszę cię o jedno, jak będziesz chodzić po ludziach, to nie w mojej okolicy, żebyś mi jeszcze większego wstydu nie przyniosła".
Okazało się, że ja "kociuch" jestem, czyli Świadek Jehowy". Ponoć jej to moja teściowa powiedziała (tylko że już dawno z takimi rewelacjami wyskoczyła, a do świadomości mojej mamy dopiero teraz doszło), a mama poczytała w internecie, no i skojarzyła fakty i już była pewna!
I posypało się: że jeździmy na zbory, że wydajemy masę pieniędzy na sektę, że do kościoła nie chodzę, że na pogrzebie ojca zachowywałam się nieprzyzwoicie (ponoć kilka osób jej to mówiło; te kilka osób to moja teściowa zapewne). A jak? No trzymałam głowę wysoko uniesioną, no i u komunii nie byłam. "Jaki ojciec był, taki był, ale żeby tak się zachowywać na jego pogrzebie?? Należy mu się szacunek!" - słowa mojej matki.
Potem były łzy i lamenty: "Najpierw wyszłam za alkoholika, a teraz w sekty popadłam, co ja mam za życie. Zniszczone przez ciebie!".
No tak, ojciec spieprzył z tego świata, to mama teraz musi mieć kogoś, kogo mogłaby obarczyć winą za swoje spaprane życie.
W każdym razie doznałam szoku. Nic nie wskazywało na to, że tak jej odbije. Nawet Ci mówiłam, że tak fajnie już mi się z nią układa.
No ale dobrze. Pokazało mi to, że nie ma co liczyć na matczyną miłość, czy choćby odrobinę akceptacji z jej strony. Teraz to naprawdę nie pozostaje mi nic innego, jak puścić tę resztę przywiązania do niej

Z profitów finansowych i wsparcia uczuciowego już udało mi się zrezygnować. Choć łatwe to nie było

No i co rusz nachodzą mnie nowe wątpliwości (które na szczęście udaje mi się puścić). Aktualnie mam wywalankę, że jestem dziwakiem i nie nadaję się do normalnych ludzi

Ale damy radę
