Hahaha, Leszek, fakt

Mateusz,
"Tak się zastanawiam, czy używasz też innych metod poza pracą z emocjami. Ciekaw jestem, jak wygląda praca z emocjami według Was."
Praca z emocjami to po prostu oczyszczanie podświadomości z niepotrzebnych programów. Dalej opiszę, jak ja sobie z tym radzę

Oprócz tego czasem się modlę, medytuję, kontempluję, choć ostatnio, od kiedy pracuję przede wszystkim nad dzieciństwem, dużo częściej tylko oczyszczam. I przy tej okazji wchodzę w stan medytacyjny. Skuteczny proces uwalniania zakończony jest wejściem w ten stan (emocjonalnego niewzruszenia), bo wtedy znikają emocje, które oddzielają mnie od prawdziwej natury.
Generalnie (od jakiegoś czasu) do oczyszczania podświadomości używam techniki uwalniania nieco zmodyfikowanej pod siebie (jak to robię można poczytać w wątku o technice uwalniania; nie opisałam tam tylko dokładnego łączenia emocji z pragnieniami). Poza tym dodałam element z EFT (likwidacja odwrócenia psychicznego), który świetnie działa w przypadku, gdy nie chcę czegoś puścić. Po prostu masuję punkt wrażliwy i używam formułki: "Nawet jeśli…, to i tak kocham i akceptuję siebie całkowicie". To zawsze świetnie działa, "rozmiękcza" problem i powoduje, że mogę uwolnić daną emocję, czy pragnienie.
Jeśli coś mi "wywala", albo chcę rozpracować coś, co mi przeszkadza, a czego przyczyny nie znam (czyli robię to prawie codziennie) wchodzę w relaks i puszczam sobie "Zmianę ograniczających przekonań" Z. Królickiego (ćw. z kursu Metody Silvy II stopnia). Tak wyćwiczyłam podświadomość, że w tym procesie zawsze wychodzą odpowiednie wzorce, które stoją za danym problemem.
Sam proces jest świetny. W skrócie wygląda tak, że najpierw wymyślasz, tzn. powtarzasz sobie swoje stwierdzenia na temat danego problemu, zdajesz sobie sprawę z tych stwierdzeń, identyfikujesz uczucie, które wtedy się pojawia, a potem jest polecenie: "A teraz pomyśl o czymś, co uważasz za niemożliwe do wykonania, nie do osiągnięcia. Wyraźnie zdaj sobie sprawę z tego, jakie uczucia wywołuje w tobie to przekonanie. To jest właśnie to przekonanie, które cię ograniczało lub przeszkadzało". Potem myślisz, kiedy powstało to przekonanie i takie tam.
Następnie jest część pomagająca zlikwidować to ograniczające przekonanie. Ja najczęściej wtedy odpuszczam to sobie techniką uwalniania, albo zostawiam do rozpracowania tego na potem. Najważniejsze jest dla mnie uświadomienie sobie przyczyny problemu.
Oczywiście nie mogę tutaj nie wspomnieć o wypalaniu węzłów karmicznych. Świetnie działa u mnie ta metoda, tylko że tutaj to raczej Leszek pracuje nade mną, a nie ja sama

Tak jak pisałam, od kilku miesięcy pracuję nad dzieciństwem i muszę stwierdzić, że to był kamień milowy w mojej pracy nad sobą. Jestem zdania, że przepracowanie tego, nawiązanie kontaktu i zaopiekowanie się wewnętrznym dzieckiem to podstawa. Większość ludzi nie jest nawet świadoma, jak dużo programów powstaje w dzieciństwie i jak wiele krzywd wyrządzono nam jako dzieciom starając się nas dostosować do życia w społeczeństwie (a to dlatego, że - jak pisze A. Miller - w mózgu małego dziecka, które jest źle traktowane, powstają jakieś zmiany, coś na kształt blokady pamięci). I nie mówię tutaj tylko o rodzinach dysfunkcyjnych, ale o prawie wszystkich.
Większość wzorców, które odkryłam u siebie związanych z takimi abstrakcyjnymi rzeczami, jak np.. upadek, relacja z Bogiem, itp., miały (i mają) swoje przełożenie na stosunki rodzinne. I mogę powiedzieć, że te kilka miesięcy pracy nad dzieciństwem dały mi dużo więcej niż lata pracy nad samymi tylko sprawami związanymi z pierwotnymi przyczynami oddzielenia od Boga.
Myślę, że jest tak dlatego, że w tym życiu (w jego historii) zawierają się prawie wszystkie elementy, które są potrzebne do uzdrowienia moich problemów. Często pracując nad abstrakcyjnymi kwestiami wypiera się te prozaiczne przyczyny, które mają korzenie w dzieciństwie. A tymczasem wzorce z obecnego życia (które są najczęściej tylko kontynuacją wcześniejszych) są najbardziej odczuwalne i najcięższe do zlikwidowania.
Nie wiem, czy u każdego będzie podobnie. Piszę tylko z własnego doświadczenia, choć podejrzewam, że u większości może tak być.
Ponieważ jesteśmy w wątku o pracy z wewnętrznym dzieckiem (nieprzypadkowo nas tu przeniesiono

, to polecam gorąco książki Alice Miller, którymi od jakiegoś czasu się zaczytuję. Bardzo wiele uświadamiają.
Jeśli chodzi o coś innego niż praca nad emocjami, to muszę wspomnieć też o stosowaniu się do wskazówek Deepaka Chopry (z książki "Siedem duchowych praw sukcesu"), czyli miedzy innymi praktykowaniu uważności, życzliwości, nie oceniania, akceptowania ludzi, zdarzeń, świadomej intencji. Oczywiście nie do końca mi się to jeszcze udaje, ale się staram
Od niedawna kontempluję też rady Melody Beatty zawarte w książce „Język wyzwolenia. Jak sobie radzić w trudnych związkach”.
Tytuł jest bardzo mylący – książka to zbiór tematów do rozważań/kontemplacji na każdy dzień roku, zwłaszcza dla ludzi z problemami. Cos wspaniałego).
A propos tych 4 kroków pracy nad emocjami, które podałeś, to mniej więcej na tym polega moja sposób radzenia sobie z nimi, tyle że nie zgadza się w punkcie 3, ponieważ ja nie oceniam tego co wychodzi. Chodzi o to, żeby akceptować to, co wychodzi i siebie z tym co wychodzi, a nie żeby zużywać energię na nie identyfikowanie się z tym. Na taki wniosek przychodzi czas później, to przychodzi samo. Oczywiście ja mam świadomość, że to co wychodzi nie jest mną, ale czując to, wchodzę w to całkowicie tak, jakby było zupełnie moje.
Nawet można powiedzieć, że ja robię coś zupełnie przeciwnego do wskazówki z 3 punktu. Mianowicie próbuję się zidentyfikować z daną emocją po to, żeby wypłynęła cała i żebym wreszcie zobaczyła po co ona była (nie zawsze muszę, ale czasami jest to konieczne). Na tym moim zdaniem polega całkowita akceptacja emocji.
"Miałem więc do wyboru albo długi proces przeżywania tych męczących emocji, albo zastosowanie konkretnych metod: odreagowanie i przeafirmowanie."
No i właśnie o to chodzi, żeby na konkretny problem znaleźć taką metodę, która zadziała. Jeśli dzięki tym konkretnym metodom dochodzisz do przyczyn i uwalniasz się od problemów, to wszystko ok

Emocje nie są po to, żeby je przeżywać, ale po to, żeby przekazać jakąś informację. Gdy przekażą, a ta informacja zostanie zaakceptowana przez posiadacza emocji

i wprowadzona w życie, to emocje znikają.
Gdy mam wypalankę i już nic nie działa (albo mi się nie chce stosować jakichś konkretnych metod), to często się poddaję, odczuwam na maxa, staram się określić to, co czuję i gdy już to zidentyfikuję, to pytam siebie, po co mi jest np. to poczucie winy. I kiedy już uświadomię sobie po co, to poczucie winy po prostu znika.
Czasem robię tak, a czasem inaczej. Zależy od sytuacji. A sposób postępowania (metodę) dobieram intuicyjnie

"Jak nie chce coś odpuścić to np. afirmuję przeciwieństwo (tak postępuje większość)."
Tak jak pisałam – afirmowanie nie jest gorszym sposobem radzenia sobie z emocjami od innych (jak tylko ktoś to lubi i w jego przypadku jest to skuteczne). Przecież przy afirmowaniu też wychodzą emocje i też chodzi o to, żeby w kolumnie reakcji pokazało się, o co tak naprawdę chodzi. Tylko że trzeba właściwie postępować. Bo afirmowanie to tylko narzędzie i tak jak każde inne może być niewłaściwie użyte (np. afirmacje można stosować tylko po to, żeby wmawiać sobie pozytywne rzeczy, czyli zamydlać sobie oczy).
Ja nie piszę afek. Nie lubię

Za to czasami słucham ułożonych przez siebie dekretów afirmacyjnych. No i stosuję coś podobnego, tyle że w innej formie: piszę sobie "Pozwalam sobie na (tutaj pozytywna treść)" i wsłuchuję się w siebie. To co wychodzi puszczam techniką uwalniania. Dużo szybsza metoda niż tradycyjne pisanie afek
