Autor Wątek: Terapia wewnętrznego dziecka  (Przeczytany 189672 razy)

Inga

  • Gość
[#]   « 2014-02-22, 11:38:08 »
Clint
Żółć aż sie wylewa z tego co piszesz. Jednak bardzo mocno cię to porusza, co wiadomo o czym świadczy.

Clint

  • Wiadomości: 2 541
  • Płeć: Mężczyzna
    • Boski Spokój
  • Łukasz Kubiak - https://boski-spokoj.pl/
  • Status: Uzdrowiciel
[#]   « 2014-02-22, 11:22:32 »
Cytuj
tak Clint tak napisał ale to oni porzucili go (odcięli się ) już znacznie wcześniej . Można z kims żyć i być przez niego porzuconym to ogromne cierpienie bo doświadcza się porzucenia wielokrotnie. Rodzice porzucają swoje dziecko gdy nie chcą zaakceptować go takim jakie ono jest. Clint tylko odciął się od przeżywania swojego cierpienia stale od nowa będąc porzucanym w rozmowach, zachwaniach, kontaktach.
Lepiej bym tego nie opisał :) Ja im dawałem mnóstwo szans na zmianę czegokolwiek, próbowałem rozmawiać nie raz i to na przestrzeni kilku lat. Byłem aż nadto cierpliwy.

Cytuj
No i jednak: odcinając całkiem nie ucieknę, bo gdyby mi absolutnie nic już miało nie przypominać o tym problemie... to znaczy że go nie mam i mogę sobie lekko żyć :) Przy odcięciu i tak będzie coś przypominać. Kwestia świadomości.
Dokładnie. Przecież ja wciąż rozmawiam o temacie, przeżywam jakieś emocje, mam jakieś przemyślenia - więc co to za odcięcie? Ba, wręcz ostatnia rzecz jaką mam na tapecie i nad którą chcę popracować to wiara w moje sukcesy. Od razu do mnie dotarło, że przyczyną problemu jest ciągłe powtarzanie przez rodziców, że sobie nie poradzę w życiu, że nic nie osiągnę, itd. Nie musieli mi osobiście dosrać po raz kolejny, żebym to sobie uświadomił. Nie wiem, może niektórzy potrzebują dosrywania od innych ludzi, żeby coś w sobie zobaczyć, ja wolę jednak przyjemniejsze metody.

No i tak jak Lynd napisał - mam co robić w swoim życiu, nie potrzeba mi podcinania teraz skrzydeł, kiedy dopiero uczę się latać :D Przecież widzę, że jeszcze nisko latam, nie muszą mnie starzy ciągnąć za nogi, żebym to zobaczył :P

Co do samego odcięcia się - a co gdyby moi rodzice nagle umarli? Przecież mogłoby się to zdarzyć choćby dzisiaj. I co wtedy? Już mógłbym normalnie się uzdrawiać bo wtedy by nie było, że ja się odciąłem? Przecież skutki byłyby te same? Przypominam że ja się nie odciąłem w żadnej złości, oni mi nic nie zrobili ostatnio nowego. Po prostu po pewnym spotkaniu spokojnie stwierdziłem, że to nie ma najmniejszego sensu i tyle. Była nieco wcześniej super ważna rozmowa z ojcem, dużo szczerości, a nawet go przytuliłem, zaproponowałem żeby zacząć od nowa, było sporo przebaczenia i miłości - i co? I nic. Wszystko rozeszło się po kościach na przestrzeni 2-3 tygodni. Błyskawiczny powrót do tego co było i żadnych zmian. Jeżeli coś tak dużego, gdzie naprawdę byłem w stanie szczerze spróbować od nowa z czystą kartą, nie przyniosło żadnych zmian, to nie wiem co miałoby je przynieść. Ja swoje intencje zmieniłem, oni nie byli zainteresowani nowymi warunkami współpracy - no to się rozeszliśmy(a ciągnąłem to jeszcze z kolejne 3 miesiące i wciąż chciałem dawać kolejne szanse!). Nie robi się biznesów z ludźmi, których interesy nie współgrają z naszymi. Czy to naprawdę coś skomplikowanego i ciężkiego do zrozumienia? Ja wiem, że żyjemy w kraju gdzie czci się rodziców na równi z cierpieniem, ale to chyba powinniśmy być ponad takie dyrdymały? Dorabianie wielkich duchowych ideologii do dwójki ludzi, którzy nas spłodzili i wychowali mogąc mieć przeróóóóóóóóżne do tego intencje, jest szkodliwym nadużyciem.

I dlatego też rozpisuje się na ten temat, bo szkoda mi ludzi, którzy są w podobnej do mojej sytuacji, którzy chcą sobie pomóc i ulegają ślicznym teorią, wierząc że one ich wyswobodzą. Szkoda mi ludzi, którzy tak jak ja, musieli przeżywać koszmar patologicznej rodziny, z której powinni się jak najszybciej wyrwać, a którym się wmawia jeszcze że mają się trzymać tego bagna, bo inaczej się nie uzdrowią. Nie namawiam do emocjonalnych, spontanicznych zrywów bo tego można żałować, ale namawiam do przemyślanych decyzji, do rezygnacji z tego co naprawdę jest beznadziejne i nie ma szans na poprawę.

Skoro rodzice nas wychowywali i przejęliśmy od nich dużo wzorców to oczywiście wiadomo, że oni są dla nas sporym lustrem. No, ale kurde to wciąż tylko ludzie, których popieprzeniem nasiąknęliśmy jak gąbka, a nie jakieś specjalne duchowe, boskie nauczycielskie lustro. Ich specjalność polega tylko na tym, że mamy więcej z nimi wspólnego niż z innymi ludźmi i przez to więcej można zobaczyć w sobie, ale to wciąż nic specjalnego. A jak się człowiek uwolni od większości tego, co od nich przejął to może już prawie nie mieć nic z nimi wspólnego. Wierzenie że wtedy wciąż będą takim zajebistym lustrem jest naiwnością i zwykłym upraszczaniem zagadnienia lustra. Ja z nimi żyłem przez ponad 4 pierwsze lata swojego rozwoju, pokazali mi wtedy wystarczająco dużo i na pewnym etapie było to nawet przydatne, ale więcej już mi tego nie trzeba.

Szczególnie, że jak przejawiałem swoje patologiczne zachowania w tej patologicznej rodzinie to nawet tego nie widziałem, bo wydawało mi się to normalne, skoro tak funkcjonował cały dom. Więc świetnie mi lustro... Dopiero w związku jak np zacząłem odwalać fochastą księżniczkę jaką był zawsze mój ojciec, to mogłem konkretnie poczuć jakie to jest patologiczne, nienaturalne i chore. Dopiero w związku zauważyłem jak dużo jest we mnie złoszczenia się o pierdoły, niepotrzebnych przytyków, itp. W domu wszyscy tak robiliśmy, to było normalne że się nawzajem tak traktujemy. Dopiero w związku, kiedy zamiast dosrywać sobie nawzajem, moje patologiczne zachowania zaczęły trafiać w miłość i miłość była reakcją zwrotną, to dopiero poczułem jaki to syf, jakie to nienaturalne i szkodliwe.

Jak chcecie się babrać w g*wnie w imię luster i uzdrawiania to proszę bardzo, mi nie przeszkadza to jak żyją inni ludzie, bo szczerze mówiąc mam to naprawdę głęboko gdzieś. Ja tylko szczerze polecę relacje oparte na czystej miłości, które są prawdziwym lustrem, nie dosrywającym i obnażającym bardzo niedelikatnie naszą toksyczność. I się dziwić, że stworzenie wymarzonego związku dla wielu ludzi jest czymś tak niemożliwym. No jak się chce się babrać we własnym bagnie, z innymi obłoconymi ludźmi żeby czuć się lepiej to tak jest. Potrafilibyście przejawiać swoje popapranie wśród osoby, którego tego by nie miała i obdarzała by Was miłością, kiedy Wy zachowujecie się jak skończeni idioci i kretyni? Czulibyście się w porządku? Potrafilibyście wytrzymać ze sobą, ze swoim popieprzeniem? Potrafilibyście poczuć, że zasługujecie na miłość i dobre traktowanie nawet, gdy sami macie problemy? Czy wolicie, żeby ktoś Wam butem pokazywał Wasze problemy? Może to mniej boli, niż wtedy, kiedy Wy zachowacie się jak skończony dupek, a druga osoba pokaże klasę i zachowa się z miłością, szacunkiem i akceptacją? To boli, co? Wkurza? Poniża? Pokazuje, że jesteście gorsi?

Tym prowokacyjnym akcentem zakończę wypowiedź :P

Lynd Seagull

  • Global Moderator
  • Wiadomości: 2 120
  • Płeć: Mężczyzna
  • mój Nick moim Dziełem
  • Status: Poszukujący
[#]   « 2014-02-22, 11:12:36 »
O przepraszam :) Mój błąd z tym cierpliwym znoszeniem.
O tym że Clint ma inne sprawy na głowie można wywnioskować z innych jego postów, więc tylko założyłem że nie chce uciekać od problemu na zawsze.

Cytuj
Mając rózne odcięcia można się rozwijać i rozwijać.
Masz bardzo dosłowną rację: rozwijać i rozwijać, a końca nie widać. Głównie dlatego że w pewnym momencie trzeba przekierować uwagę z siebie na innych. Więc jeśli mam problem z wpieprzaniem się innym w życie, to będę musiał przekierować go na np. to jak kiepsko się inni rozwijają, że rząd jest nieuczciwy, że media kłamią. I tu człowiek "rozwojowy" z odcięciami wyrusza na wieloletnią krusadę "uwalniania" się od przyciągania głupich ludzi, zobowiązań wobec głupich ludzi, złości na głupotę ludzką.... I odreagowuje to co wydarzyło się w Sumerze w 1374 r pne, aktualnym Peru w 354 r ne, Chinach w 551 ne, a najświeżej to podczas II wś kiedy to ci głupi tacy a owacy....
No ale, życie stoi, a głupi ludzie jak otaczali tak otaczają. Rozwijanie się idzie dobrze, tylko rozwoju nie ma ;)

I to jest dla mnie jak najbardziej forma cierpienia, stąd moje stwierdzenie o "kwestii świadomości." Bo wtedy jest jak do nich dotrzeć, wystarczy przestać się zżymać na to że po 4 zmianach pracy nadal otaczają nas same głupki. Człowiek świadomy zobaczy że problem jest w nim (i JAKI problem jest w nim), a człowiek mniej świadomy będzie ganiał się za własnym ogonem.

Ale, gdyby takie odcięcie na wkurwie spowodowało że nie pojawia się już problem... To gratulacje, problem uznaje się za rozwiązany. Bo jeśli wcale się nie przejawia, to nie ma po co go szukać.

Inga

  • Gość
[#]   « 2014-02-22, 10:41:07 »
Inga,
Tylko czasem dochodzi kwestia ustawiania priorytetów. Czy jeśli rozbolał mnie ząb, a wizytę u dentysty mam dopiero po weekendzie, to czy zrobię źle, jeśli w międzyczasie wezmę środek przeciwbólowy? Jeśli mam w ten weekend wycieczkę lub ważne szkolenie, to czy muszę pozwalać aby ten ból mi przeszkadzał, póki się go nie rozwiąże?

Clint ma teraz pełne ręce roboty z pierwszą właściwą pracą, szukaniem mieszkania, związkiem itp. Doskonale rozumiem czemu tak wybrał.

Dodatkowo trzeba się liczyć z konsekwencjami takiego cierpliwego znoszenia, które mogą okazać się gorsze niż samo odcięcie.

 Przy odcięciu i tak będzie coś przypominać. Kwestia świadomości.

Hm, Clint nigdzie nie pisał że odciął się od rodziców bo teraz ma wazniejsze sprawy do załątwienia a rodzicami zajmie się wtedy gdy już ustawi się w życiu i bedzie miał czas na zajmowanie się tym tematem.

O jakim cierpliwym znoszeniu mówisz? bo o tym pisał Mariusz a nie ja.

Ja wcale nie namawiam go aby wrócił do rodziców. Chcę tylko pokazać że jeżeli chce się rozwijać to będzie kiedyś musiał się uporać z tym problemem. Clint nie mieszka z rodzicami i jest w stanie tak kierować tymi relacjami aby nie być za bardzo nasycanym toksynami, zresztą na to nie narzekał.

 Mając rózne odcięcia można się rozwijać i rozwijać. Takie odcięcia wcale nie są łatwe do zauważenia zwłąszcza że wiążą się z tym cierpienia i podświadomie się od nich ucieka aby tylko icj nie zobaczyć, więc to wcale nie jest tak że to tylko kwestia świadomości.

Ja uważam że to właśnie odcięcia są najgorsze dla tego że tego się nie widzi i nie ma jak do nich dotrzeć a podśwaidomość się boi bo są tam silne cierpienia.

Edyta

  • Gość
[#]   « 2014-02-22, 10:28:37 »
Edyta
Ale Clint pisał że to on się od nich odciął
tak Clint tak napisał ale to oni porzucili go (odcięli się ) już znacznie wcześniej . Można z kims żyć i być przez niego porzuconym to ogromne cierpienie bo doświadcza się porzucenia wielokrotnie. Rodzice porzucają swoje dziecko gdy nie chcą zaakceptować go takim jakie ono jest. Clint tylko odciął się od przeżywania swojego cierpienia stale od nowa będąc porzucanym w rozmowach, zachwaniach, kontaktach.

uświadomiła mi to moja córka którą i ja kiedyś porzuciłam (nie fizycznie ) na jakiś czas. Wiele lat pracujemy nad odbudowaniem miłości pomiędzy nami, myślę że nam się udało. Codziennie mówimy sobie że się kochamy pracujemy nad wybaczaniem gdy sie klócimy. Ona też była zbuntowana, złościła się , odcięła się ode mnie wybierając toksyczną koleżankę ale pod tym wszystkim ukrywała swoją rozpacz, smutek i żal. To ona nauczyła mnie miłości.

Inga

  • Gość
[#]   « 2014-02-22, 10:26:16 »
A jak miał napisać że się odciał jeżeli nawet nie uświadamia sobie istnienia takiego wewnętrznego rodzica i nie ma z nim kontaktu.
Zauważenie takiego rodzica wcale nie jest łatwe.
Ty widzisz swojego wewnętrznego ojca?


Lynd Seagull

  • Global Moderator
  • Wiadomości: 2 120
  • Płeć: Mężczyzna
  • mój Nick moim Dziełem
  • Status: Poszukujący
[#]   « 2014-02-22, 10:24:20 »
A swoje ataki na siebie trzeba cierpliwie znosić dopóki się ich nie rozwiąże.
I tu wcale nie chodzi o to aby cierpliwie znosić ataki rodziców, bo równie dobrze można z nimi walczyć, jak ktos woli.

Inga,
Tylko czasem dochodzi kwestia ustawiania priorytetów. Czy jeśli rozbolał mnie ząb, a wizytę u dentysty mam dopiero po weekendzie, to czy zrobię źle, jeśli w międzyczasie wezmę środek przeciwbólowy? Jeśli mam w ten weekend wycieczkę lub ważne szkolenie, to czy muszę pozwalać aby ten ból mi przeszkadzał, póki się go nie rozwiąże?

Clint ma teraz pełne ręce roboty z pierwszą właściwą pracą, szukaniem mieszkania, związkiem itp. Doskonale rozumiem czemu tak wybrał.

Dodatkowo trzeba się liczyć z konsekwencjami takiego cierpliwego znoszenia, które mogą okazać się gorsze niż samo odcięcie. A co jeśli osoba zdołowana przez taki zewnętrzny wpływ, nie wykorzysta fajnej okazji do zmian w życiu, bo zabraknie jej odwagi lub poczucia zasługiwania na nie? I tak np córka dołowana przez matkę nie przyjmie oferty zmiany pracy na lepszą (ale i bardziej odpowiedzialną), bo ciągle słyszy jak to ona "nic nie potrafi porządnie zrobić." Zostanie więc w starej i toksycznej.
Gdyby zmieniła pracę, może zobaczyłaby że można inaczej i byłaby w stanie oczyścić relację z matką szybciej, niż gdy ciągle jest atakowana i cierpliwie to znosi. Nowa praca zmieniłaby jej postrzeganie tego co jest normalne -- a z matką i w starej pracy, normalne są ataki.

No i jednak: odcinając całkiem nie ucieknę, bo gdyby mi absolutnie nic już miało nie przypominać o tym problemie... to znaczy że go nie mam i mogę sobie lekko żyć :) Przy odcięciu i tak będzie coś przypominać. Kwestia świadomości.

Mariusz

  • Wiadomości: 4 015
  • Płeć: Mężczyzna
  • Status: Zaawansowany
[#]   « 2014-02-22, 10:05:14 »
Inga
ale Clint nie napisał że odciął się od swojego wnętrza, od wewnętrzxnego rodzica siedzącego w nim. On sie odsunął od osób. Jeśli to zrobimy bez zaciskania serca, bez złości i obwiniania ich to jest korzystne i właściwe

ps
stwierdzenie że są toksyczni i wredni to niekoniecznie jest obwinianie. To może być stwierdzenie faktu jeśli tacy są rzeczywiście

Inga

  • Gość
[#]   « 2014-02-22, 10:02:08 »
Edyta
Ale Clint pisał że to on się od nich odciął

Inga

  • Gość
[#]   « 2014-02-22, 10:01:18 »
no  - wg  tej teorii , że ataki  na siebie  trzebie cierpliwie znoscić bo inaczej odcinamy się od części siebie, któa nas atakuje i presjuje - to nie jest ważne źródło presji i ataków. Poddanie, akceptacja ppowinny skutkować uzdrowieniem

to wszystko co napisałeś to twoje wyobrażenia tego co niby ja napisałam.

Jeżeli coś od siebie odetniemy to tego nie widzimy i przez to nie mamy szansy tego uzdrowić.
Chodzi o oczyszczanie związku z rodzicami tak aby stał sie pozytywny lub neutralny, a w tym czasie zachodzi oczyszczanie związku z rodzicem którego mamy w sobie i którego nie akceptujemy.
Ten nasz rodzic wewnętrzny nas nie opętuje bo to część naszej osobowości, którą trzeba ze sobą zintegrować.
A swoje ataki na siebie trzeba cierpliwie znosić dopóki się ich nie rozwiąże.
I tu wcale nie chodzi o to aby cierpliwie znosić ataki rodziców, bo równie dobrze można z nimi walczyć, jak ktos woli.

Poddanie, akceptacja ppowinny skutkować uzdrowieniem-
nie, uzdrowienie zachodzi poprzez uśwaidamianie sobie tego co się dzieje, tego co w nas zachodzi, przyczyn i skutków.

Edyta

  • Gość
[#]   « 2014-02-22, 09:58:04 »
Przykro mi, czuję to inaczej  - to rodzice odcięli się od Clinta

Mariusz

  • Wiadomości: 4 015
  • Płeć: Mężczyzna
  • Status: Zaawansowany
[#]   « 2014-02-22, 09:44:34 »
no  - wg  tej teorii , że ataki  na siebie  trzebie cierpliwie znoscić bo inaczej odcinamy się od części siebie, któa nas atakuje i presjuje - to nie jest ważne źródło presji i ataków. Poddanie, akceptacja ppowinny skutkować uzdrowieniem

Inga

  • Gość
[#]   « 2014-02-22, 09:25:59 »
A jak uważasz że jest z odcinaniem się od opętujących duchów? Trzeba się od nich odcinać czy lepiej akceptować że opętują? I jakie są skutki jednego i drugiego? Czy jak zaakcetuję że mnie opętuje coś to wtedy to przeminie i się uzdrowi, czy się pogłębi opętanie?


W ogóle nie wiem co widzisz wspólnego miedzy rodzicami i duchem opętującycm więc nie wiem jak mam odpowiedzieć na to pytanie.

Mariusz

  • Wiadomości: 4 015
  • Płeć: Mężczyzna
  • Status: Zaawansowany
[#]   « 2014-02-22, 08:58:01 »
Martinus
 Nie każdy wszystko potrafi zrobić. Do pewnych rzeczy trzeba dojrzeć, dorosnąć i wtedy żadne tłumaczenie nic nie da, bo to kwestia odpowiedniego poziomu.
Ja też uważam że odcinając rodziców, odcina się niewygodne części siebie.

A jak uważasz że jest z odcinaniem się od opętujących duchów? Trzeba się od nich odcinać czy lepiej akceptować że opętują? I jakie są skutki jednego i drugiego? Czy jak zaakcetuję że mnie opętuje coś to wtedy to przeminie i się uzdrowi, czy się pogłębi opętanie?

Mariusz

  • Wiadomości: 4 015
  • Płeć: Mężczyzna
  • Status: Zaawansowany
[#]   « 2014-02-22, 08:55:55 »
W ogóle to nazwa "rodzice " jest myląca, nadużywana i niepotrzebna. Oni są tylko dawcami ciała fizycznego, no i pomocnikami we wczesnych latach w zdobywaniu pożywienia itp. Prawdziwym rodzicem jest Bóg.
Kiedy ja uzywam sformułowania "karma z matką" to oznacza karmę z wewnętrznym rodzicem o którym pisze Inga , a nie potwierdzenie że ona jest rzeczywiście dawcą mojego istnienia

Taka świadomość też na pewnym poziomie uwalnia od zależności


TO samo dotyczy pojęcia "dziecko", "jestem lub byłem dzieckiem". Co to znaczy że jestem dzieckiem?? Jestem ciałem fizycznym we wczesnej fazie rozwoju?? Czy ja w ogóle jestem ciałem fizycznym? Raczej nie

Jeszcze dodam, że w wizji Oświeconego działania jaką kiedyś miałem widziałem, że gdyby do Oświeconego przyszli jego fizyczni rodzice to - gdyby nie mieli silnej intencji korzystania z tego co akurat ma on do zaoferowania, a tylko intencję do odgrywania ról karmicznych - to by im pokazał drzwi albo odprawił do domu na progu. I nie oznacza to że miałby z nimi karmę.