tak Clint tak napisał ale to oni porzucili go (odcięli się ) już znacznie wcześniej . Można z kims żyć i być przez niego porzuconym to ogromne cierpienie bo doświadcza się porzucenia wielokrotnie. Rodzice porzucają swoje dziecko gdy nie chcą zaakceptować go takim jakie ono jest. Clint tylko odciął się od przeżywania swojego cierpienia stale od nowa będąc porzucanym w rozmowach, zachwaniach, kontaktach.
Lepiej bym tego nie opisał

Ja im dawałem mnóstwo szans na zmianę czegokolwiek, próbowałem rozmawiać nie raz i to na przestrzeni kilku lat. Byłem aż nadto cierpliwy.
No i jednak: odcinając całkiem nie ucieknę, bo gdyby mi absolutnie nic już miało nie przypominać o tym problemie... to znaczy że go nie mam i mogę sobie lekko żyć
Przy odcięciu i tak będzie coś przypominać. Kwestia świadomości.
Dokładnie. Przecież ja wciąż rozmawiam o temacie, przeżywam jakieś emocje, mam jakieś przemyślenia - więc co to za odcięcie? Ba, wręcz ostatnia rzecz jaką mam na tapecie i nad którą chcę popracować to wiara w moje sukcesy. Od razu do mnie dotarło, że przyczyną problemu jest ciągłe powtarzanie przez rodziców, że sobie nie poradzę w życiu, że nic nie osiągnę, itd. Nie musieli mi osobiście dosrać po raz kolejny, żebym to sobie uświadomił. Nie wiem, może niektórzy potrzebują dosrywania od innych ludzi, żeby coś w sobie zobaczyć, ja wolę jednak przyjemniejsze metody.
No i tak jak Lynd napisał - mam co robić w swoim życiu, nie potrzeba mi podcinania teraz skrzydeł, kiedy dopiero uczę się latać

Przecież widzę, że jeszcze nisko latam, nie muszą mnie starzy ciągnąć za nogi, żebym to zobaczył

Co do samego odcięcia się - a co gdyby moi rodzice nagle umarli? Przecież mogłoby się to zdarzyć choćby dzisiaj. I co wtedy? Już mógłbym normalnie się uzdrawiać bo wtedy by nie było, że ja się odciąłem? Przecież skutki byłyby te same? Przypominam że ja się nie odciąłem w żadnej złości, oni mi nic nie zrobili ostatnio nowego. Po prostu po pewnym spotkaniu spokojnie stwierdziłem, że to nie ma najmniejszego sensu i tyle. Była nieco wcześniej super ważna rozmowa z ojcem, dużo szczerości, a nawet go przytuliłem, zaproponowałem żeby zacząć od nowa, było sporo przebaczenia i miłości - i co? I nic. Wszystko rozeszło się po kościach na przestrzeni 2-3 tygodni. Błyskawiczny powrót do tego co było i żadnych zmian. Jeżeli coś tak dużego, gdzie naprawdę byłem w stanie szczerze spróbować od nowa z czystą kartą, nie przyniosło żadnych zmian, to nie wiem co miałoby je przynieść. Ja swoje intencje zmieniłem, oni nie byli zainteresowani nowymi warunkami współpracy - no to się rozeszliśmy(a ciągnąłem to jeszcze z kolejne 3 miesiące i wciąż chciałem dawać kolejne szanse!). Nie robi się biznesów z ludźmi, których interesy nie współgrają z naszymi. Czy to naprawdę coś skomplikowanego i ciężkiego do zrozumienia? Ja wiem, że żyjemy w kraju gdzie czci się rodziców na równi z cierpieniem, ale to chyba powinniśmy być ponad takie dyrdymały? Dorabianie wielkich duchowych ideologii do dwójki ludzi, którzy nas spłodzili i wychowali mogąc mieć przeróóóóóóóóżne do tego intencje, jest szkodliwym nadużyciem.
I dlatego też rozpisuje się na ten temat, bo szkoda mi ludzi, którzy są w podobnej do mojej sytuacji, którzy chcą sobie pomóc i ulegają ślicznym teorią, wierząc że one ich wyswobodzą. Szkoda mi ludzi, którzy tak jak ja, musieli przeżywać koszmar patologicznej rodziny, z której powinni się jak najszybciej wyrwać, a którym się wmawia jeszcze że mają się trzymać tego bagna, bo inaczej się nie uzdrowią. Nie namawiam do emocjonalnych, spontanicznych zrywów bo tego można żałować, ale namawiam do przemyślanych decyzji, do rezygnacji z tego co naprawdę jest beznadziejne i nie ma szans na poprawę.
Skoro rodzice nas wychowywali i przejęliśmy od nich dużo wzorców to oczywiście wiadomo, że oni są dla nas sporym lustrem. No, ale kurde to wciąż tylko ludzie, których popieprzeniem nasiąknęliśmy jak gąbka, a nie jakieś specjalne duchowe, boskie nauczycielskie lustro. Ich specjalność polega tylko na tym, że mamy więcej z nimi wspólnego niż z innymi ludźmi i przez to więcej można zobaczyć w sobie, ale to wciąż nic specjalnego. A jak się człowiek uwolni od większości tego, co od nich przejął to może już prawie nie mieć nic z nimi wspólnego. Wierzenie że wtedy wciąż będą takim zajebistym lustrem jest naiwnością i zwykłym upraszczaniem zagadnienia lustra. Ja z nimi żyłem przez ponad 4 pierwsze lata swojego rozwoju, pokazali mi wtedy wystarczająco dużo i na pewnym etapie było to nawet przydatne, ale więcej już mi tego nie trzeba.
Szczególnie, że jak przejawiałem swoje patologiczne zachowania w tej patologicznej rodzinie to nawet tego nie widziałem, bo wydawało mi się to normalne, skoro tak funkcjonował cały dom. Więc świetnie mi lustro... Dopiero w związku jak np zacząłem odwalać fochastą księżniczkę jaką był zawsze mój ojciec, to mogłem konkretnie poczuć jakie to jest patologiczne, nienaturalne i chore. Dopiero w związku zauważyłem jak dużo jest we mnie złoszczenia się o pierdoły, niepotrzebnych przytyków, itp. W domu wszyscy tak robiliśmy, to było normalne że się nawzajem tak traktujemy. Dopiero w związku, kiedy zamiast dosrywać sobie nawzajem, moje patologiczne zachowania zaczęły trafiać w miłość i miłość była reakcją zwrotną, to dopiero poczułem jaki to syf, jakie to nienaturalne i szkodliwe.
Jak chcecie się babrać w g*wnie w imię luster i uzdrawiania to proszę bardzo, mi nie przeszkadza to jak żyją inni ludzie, bo szczerze mówiąc mam to naprawdę głęboko gdzieś. Ja tylko szczerze polecę relacje oparte na czystej miłości, które są prawdziwym lustrem, nie dosrywającym i obnażającym bardzo niedelikatnie naszą toksyczność. I się dziwić, że stworzenie wymarzonego związku dla wielu ludzi jest czymś tak niemożliwym. No jak się chce się babrać we własnym bagnie, z innymi obłoconymi ludźmi żeby czuć się lepiej to tak jest. Potrafilibyście przejawiać swoje popapranie wśród osoby, którego tego by nie miała i obdarzała by Was miłością, kiedy Wy zachowujecie się jak skończeni idioci i kretyni? Czulibyście się w porządku? Potrafilibyście wytrzymać ze sobą, ze swoim popieprzeniem? Potrafilibyście poczuć, że zasługujecie na miłość i dobre traktowanie nawet, gdy sami macie problemy? Czy wolicie, żeby ktoś Wam butem pokazywał Wasze problemy? Może to mniej boli, niż wtedy, kiedy Wy zachowacie się jak skończony dupek, a druga osoba pokaże klasę i zachowa się z miłością, szacunkiem i akceptacją? To boli, co? Wkurza? Poniża? Pokazuje, że jesteście gorsi?
Tym prowokacyjnym akcentem zakończę wypowiedź
