To może ja też wyjaśnię dokładnie (a właściwie powtórzę moje słowa, bo już to pisałam), o co chodzi z tą moją niechęcią do wybaczania.
Otóż absolutnie nie mam niechęci do samego wybaczania (jako skutku), wręcz przeciwnie. Wiem, że jest ono NIEZBĘDNE na ścieżce RD i ja akurat bardzo często odczuwam tę piękną energię. Mam natomiast niechęć do powszechnie przyjętego (np. przez większość religii i przez sporą część adeptów różnych szkół RD) podejścia do wybaczania. Zresztą dałam temu wyraz w ostatnich słowach mojego wpisu na ten temat (ale nie tylko, bo cała moja wypowiedź na to wskazuje):
To dlatego napisałam, że dla mnie przebaczenie to bzdura. Choć właściwie powinno być tak: Takie podejście do przebaczenia, jakie jest powszechnie promowane to jedna wielka bzdura.
Bo przebaczenie jest skutkiem, a nie drogą do celu.
W związku z powyższym insynuacje, jakobym twierdziła, że nie chcę uzdrowić zranienia, czy wybaczyć "bo nie", jak napisała Iustitia, wynikają nie tyle z nieporozumienia, co – jak podejrzewam – ze złej woli z jej strony, albo z niemożności wyciągnięcia logicznych wniosków z czyjejś wypowiedzi. Bądź też z jednego i drugiego.
Lynd,
nasze sposoby nie różnią się od siebie aż tak bardzo, jak wygląda to na pierwszy rzut oka

Wszystko wskazuje na to, że różnią się przede wszystkim formą (choć na pewno nie tylko). Zaraz napiszę, dlaczego tak sądzę.
***
Przede wszystkim chcę podzielić się z Wami tym, co mi się nasunęło, gdy czytałam nasze wypowiedzi (zresztą pojawiły się tu już podobne spostrzeżenia

Zobaczcie, ile tutaj sposobów doświadczenia wybaczenia (uwolnienia). I każdy skuteczny (nie piszę tutaj o wypowiedzi Sylvii, bo co do jej sposobu nie mam takiej pewności), choć w pewien sposób różnią się od siebie (ale nie aż tak bardzo, bo wszystkie one mówią o tym, że nie da się wybaczyć tłumiąc emocje i co jeszcze – wszystkie one są powiązane z zagadnieniem czucia się bezpiecznym).
To fajnie pokazuje, że nie jest tak, że jeden problem da się rozwiązać tylko w jeden sposób.
Jak pisze J. Leonard w skiążce "Twoje najskrytsze marzenie, czyli jak władać własną mocą twórczą" każdy problem ma nieskończenie wiele rozwiązań. To my, będąc dziećmi, nauczyliśmy się w szkole, że na jedno pytanie istnieje tylko jedna, właściwa odpowiedź i tę regułę przenieśliśmy na życie. To bardzo blokuje naszą twórczość.
Dlatego cieszę się, że nasza dyskusja pozwala spojrzeć na ten problem inaczej, bo to burzy ograniczenia umysłu

Druga rzecz to kwestia bezpieczeństwa.
Uświadomiłam sobie (a Wasze wypowiedzi zdają się to potwierdzać), jak ważna – w temacie wybaczania - jest kwestia bezpieczeństwa.
Tak jak napisała Grażynka, po coś trzymamy urazę. Po co? Żeby nie być ponownie zranionym. Czyli wystarczy poczuć się bezpiecznie (zyskać pewność, że to się nie powtórzy), by przebaczyć.
Jak pokazują wypowiedzi w tym wątku, bezpieczeństwo może zapewnić akceptująca grupa, dojście do przyczyny problemu, czy zrozumienie, a dokładniej uświadomienie sobie prawdy.
Ale – jak wynika z mojego doświadczenia – są takie przypadki, gdy to, co wymieniłam wyżej wcale nie jest potrzebne, a i tak wybaczamy.
Tak się dzieje wtedy, gdy zmienimy do siebie podejście na całkowicie akceptujące, gdy zyskamy pewność, że w każdej sytuacji (lub tylko w danej sytuacji, z daną osobą) możemy na siebie liczyć, że zawsze staniemy po swojej stronie i choćby nie wiem, co się stało, będziemy się kochać i bronić. Wtedy dochodzenie do przyczyn nie jest konieczne. Przebaczenie (puszczenie emocji, urazy) przychodzi jakby samo.
A potem to już nawet nie trzeba przebaczać, bo gdy nie obwinia się nikogo o nic (w tym siebie), gdy całkowicie się wszystko akceptuje, to nic nie trzeba przebaczać

No ale to można zastosować na dalszym etapie zbliżania się do siebie-prawdziwego. Bo jeśli są w nas ukryte, albo całkiem jawne urazy, to nie da się tego zaakceptować bez wybaczenia (czyli procesu dostrzeżenia w sobie emocji i pozwoleniu sobie na ich puszczenie, w momencie, gdy poczuję się bezpiecznie).
To by w sumie fajnie wpisywało się w pogląd (który podzielam od pewnego czasu), że nie jest konieczne szukanie przyczyn, ale wystarczy zmiana podejścia do siebie i otaczającego nas świata.
Ale jest to możliwe dopiero wtedy, gdy jesteśmy na to gotowi, gdy już mamy za sobą pewne doświadczenia dochodzenia do przyczyn
Choć tak na bank to nie jestem pewna, czy nie da się tego zastosować wcześniej.
Felicite
Rozbawiłaś mnie swoim wpisem, że wybaczanie to jedna wielka bzdura:D
Mogłabym powiedzieć – na zdrowie (bo przecież śmiech to zdrowie), ale nie powiem, bo czuję, że Twoja wypowiedź nie jest szczera.
A nieszczere rozmowy mnie nie interesują. Szkoda mi na nie czasu i energii.
Co do mojego stwierdzenia "wybaczanie to bzdura" to: patrz wyżej (pierwsze słowa mojego wpisu).