Oho, coś się rzeczywiście mocniej uzdrawia. Wiem o tym, bo zawsze jak coś mocniej ruszam z dzieciństwem to ojcu się zbiera na wielkie rozmowy. Tym razem jednak rozmawiał sobie przez 95% czasu ze siostrą, a ja tylko siedziałem na ziemi bawiąc się z psem i obserwując. Nie odczuwałem w ogóle chęci na to, aby włączać w tą pozbawioną sensu rozmowę, ale za to z wielkim zainteresowaniem się przysłuchiwałem. W szczegóły wchodzić nie będę, ale generalnie siostra miała ciśnięte nieco odnośnie jej stosunku do facetów, związku i posiadania dzieci, a potem oczywiście były wielkie zapewnienia, że on nie miał na myśli tego co mówił. Klasyka.

Potem było jeszcze ciekawiej, bo się zebrał na wspominanie dzieciństwa, wyśmiewanie innych znajomych rodziców jak zjebali wychowanie, bo pozwalali na zbyt dużo i dzieci wyrosły kolejno na: dreso-menela i zdzirę. Oczywiście dał nam nie wprost do zrozumienia, żeby gdyby nas tak nie kontrolował to byśmy skończyli podobnie. Było też wyśmiewanie różnych domowych "perypetii", które wtedy, dla nas dzieci, były prawdziwymi dramatami i traumami. Nie mogło oczywiście zabraknąć zapewnienia jak bardzo nas kochał i porównywania się z innymi rodzicami, tak aby wypaść na super tatę.
W końcu przerzucił się też na mnie. Najpierw zaczął od tekstu, że jestem skąpy, a gdy zapytałem czemu tak uważa to wywlókł sytuacje sprzed ponad tygodnia, kiedy to kupiłem sobie colę i miałem czelność nie poczęstować (o czym już pisałem, bo się czepiał o to z kilka razy, pogodzić się z tym nie może chłopak). Potem się roześmiał, że ja pewnie dlatego na randki nie chodzę, bo mi szkoda siania, a gdybym już poszedł to bym zapłacił tylko za siebie. Roześmiał się jeszcze bardziej, gdy z pełną powagą odpowiedziałem, że zamierzam na randkach płacić tylko za siebie. Potem zaczął mnie po raz enty o pracowanie wypytywać i kiedy mu odpowiedziałem, że zamierzam na ostatnim roku się za to poważnie wziąć i zresztą już działam, bo mam robotę na całe wakacje, to tylko z takim lekceważeniem rzucił, że mi to przecież znajomy załatwił. Sprostowałem tylko, że nikt mi tego nie załatwił choć miała być taka możliwość, ale ostatecznie sam zdobyłem tą pracę (tu się we mnie nieco emocje wzburzyły). Nic już nie odpowiedział, tylko pogapił się tępo w przestrzeń i po chwili rzucił prowokująco, że mi to ciężko. Odpowiedziałem, że nieszczególnie. To on walnął już prowokacją do awantury z całej rury, rzucając z uśmieszkiem, że ja przecież takiego złego ojca miałem. Nie zamierzałem w ogóle wchodzić w te jego gierki i wplątywać się w kolejne dyskusje i awantury, więc zręcznie wyminąłem temat kończąc rozmowę i się zmyłem.
Najciekawszą obserwacją wyniesioną z tej całej szopki jest to co się działo i jak się działo. Gdybym miał to opisać metaforycznie, to bym powiedział że między mną i siostrą, a ojcem była kolorowa, zakrzywiająca obraz szyba. Kiedy mówił to z jego ust wychodziły różne obrzydlistwa, ale przez szybę wyglądały one jak piękne kwiatki. On sam przez tą szybę też wyglądał jak uśmiechnięty, dobry tatuś rozmawiający ze swoimi pociechami o życiu, wspominającym stare, dobre czasy kiedy to robiliśmy różne głupotki, a teraz możemy się z nich pośmiać. Ha ha.
Ta szyba to nasze bezpieczeństwo, to śliczna iluzja szczęśliwej rodziny, która chroni przed tym co jest za tą szybą. A za tą głupią szybą jest nieobliczany, skrzywdzony i nie panujący nad sobą potwór. Dzieci wolą patrzeć się w szybę i nie zmazując uśmiechów ze swych prze-szczęśliwych twarzy, udawać że nie widzą tego, co prześwituje przez tę szybkę. Potwora nie można obudzić za żadne skarby. Dopóki postrzega iluzje samego siebie, dopóki myśli że jest szczęśliwym, uśmiechniętym tatusiem - dzieci są bezpieczne, mogą spać spokojnie i nie muszą drżeć ze strachu.
Dzieci mają ochotę zwymiotować na tą szybę i rozbić ją kamieniem, ale nie są na tyle odważne, a raczej na tyle głupie. Ryzykowanie, że mogłoby wrócić to co było w przeszłości jest daleko zbyt niebezpieczne. Od lat jest względny spokój za cenę grania swojej roli w teatrzyku i wszelkie instynkty odpowiedzialne za przetrwanie jasno dają do zrozumienia, żeby grać dalej.
Kłamliwe uśmiechy, kłamliwe gesty, kłamliwe deklaracje, kłamliwe słowa - tym jest nasza rodzina. To jest jedno, wielkie kłamstwo. Czwórka skrzywdzonych ludzi. Czwórka uśmiechniętych ludzi. Czwórka ludzi udająca, że wszystko jest w porządku. Czwórka ludzi, dla których jedyną wspólną rzeczą jest wielkie kłamstwo, wspólnie podtrzymywana iluzja.
Ta iluzja jest pułapką. Nie można jej rozbić, bo to oznacza najgorsze. Nie można się spokojnie odciąć, bo w trakcie procesu zostanie zachwiana jej stabilność, a to oznacza możliwość przebudzenia potwora. Stąd pojawia się jedno rozwiązanie - szybkie i bezwzględne odcięcie. Ucieczka od tej chorej rodziny i urwanie wszelkiego kontaktu. To wymaga jednak przygotowania.
Lęk przed tym, co by było bez tej iluzji paraliżuje ciało i umysł. Gardło się ściska, oddech staje się szybki i płytki, z ust wydobywa się bezdźwięczna panika. Przypominam sobie jak tata wrzeszczy i wyzywa. Mam wrażenie, że jego furia mnie rozsadzi od środka i zdmuchnie. Spinam się cały, żeby mnie nie rozerwało na kawałki. Czuje przeraźliwie nieprzyjemne uczucie w brzuszku. To strach, panika, paraliżujący lęk. Nie mogę się ruszyć, robi mi się słabo i zaczynam widzieć żółto białe kropki przed oczami. Tak, to tylko kolejny dzień mojego dzieciństwa. Tak, zrobiłem straszną rzecz pisząc brzydko w swoich szkolnych zeszytach. Jestem złym dzieckiem, bo mam brzydki charakter pisma. Jestem złym dzieckiem, bo się urodziłem.
Z czasem zaczynam się znieczulać, żeby mnie ten ból nie zabił. Złapuje się na tym, że już czasami nawet nie do końca słucham dłuższych opieprzów. Uciekam w świat fantazji. Pojawia się poczucie przyzwyczajenia, zniechęcenia do życia i beznadziejnej bezradności. Jestem dzieckiem w domu rządzonym przez psychopatę. Nic nie mogę. Nie mam dokąd uciec. Nikt inny się mną nie zajmie. Jestem w pułapce bez wyjścia. Pojawia się marzenie, żeby umrzeć. Chciałbym umrzeć, bo to jedyna nadzieja ucieczki. Aż do początków liceum, gdzie na poważnie zdecydowałem się zabić, a co mi ojciec wybił z głowy przemocą słowną, podświadomie oczekuje śmierci jako wybawienia. Od tego czasu aż do moich początków z rozwojem poddaje się i czekam, aż mi się życie samo skończy. Ojciec odebrał mi już nawet tą nadzieje, więc liczę że może chociaż będę miał nieco farta i mnie rozjedzie tramwaj.
Jestem dzieckiem pustym w środku, zamkniętym w pustym pokoju. Wszystko jest pustką. Buddyjskie marzenie sprzed wielu wcieleń w końcu spełnione, choć nie czuje radości, a raczej... pustkę.
Czuje dumę ze swojego popieprzonego dzieciństwa. Czuje że jestem teraz taki głęboki, wielowymiarowy i doświadczony. Czuje dumę ze swojego windywidualizowanego indywidualizmu przekraczającego zdolności wielu istot (choć czy aby na pewno?). Wydaje mi się że coś osiągnąłem, że zdobyłem doświadczenia, które poszerzą moje zdolności rozumienia wszechświata. Wydawało mi się, że to będą cenne, wartościowe i pouczające doświadczenia. Myślałem, że dzięki nim lepiej zrozumiem istnienie tego co nieboskie i uda mi się zrozumieć, co inni w tym widzą, dlaczego to wybierają, dlaczego mając do dyspozycji coś takiego jak Bóg, wolą właśnie to. Chciałem wiedzieć, chciałem rozumieć. Myślałem, że może czegoś nie widzę, że może tracę coś bardzo fajnego. Boga nikt się nie trzymał z takim fanatyzmem jak cierpienia, więc coś musiało w tym być - tak przynajmniej twierdzili Przedwieczni.
O, jeszcze się poczułem dumny ze swoich możliwości poświęcenia wszystkiego co cenne, dla osiągnięcia swoich celów. Niesamowity jestem jak nic.