Ten pierwszy tekst o kochaniu swojej matki jest świetny. Ten mit jest tak głęboko zakorzeniony, że nawet wśród rozwojowców potrafi się niepostrzeżenie przemycić. Zdarzało mi się już mieć sesje na warsztatach, gdzie ja wypłakuje się, że mnie matka nie kochała, a osoba robiąca mi sesje zaczyna bronić moją matkę, że na pewno kochała na swój sposób, tak jak potrafiła, itp, itd.
Ja mojej matki nawet nie lubię - to wredna manipulantka, niecierpiąca życia i innych ludzi. Ma wiele wad i wszystkich wymieniać nie będę bo to nie ma sensu, ale najwięcej żalu mam do niej chyba za to że w dzieciństwie, kiedy ojciec znęcał się psychicznie nade mną i siostrą z powodu własnego DDA, nerwicy i pracoholizmu - ta go celowo drażniła, żeby robił jeszcze większe awantury. Raz się sama do tego przyznała - śmiejąc się, z lampką wina w ręku powiedziała, że robiła to bo się nudziła - myślałem wtedy że padnę. A to tylko jeden z wielu objawów jej skrzywionej psychiki.
Wciąż czuje w sobie takie przekonanie, że nie mogę tego przebaczyć i odpuścić, bo tylko ta niechęć jest na tyle silnym odczuciem, że pozwoli mi ją olać, kiedy ona na starość będzie chciała mnie wykorzystywać do pomocy. Z drugiej jednak strony jest jakieś poczucie zobowiązania za to, że kiedy chorowałem w dzieciństwie to chodziła ze mną po lekarzach, itd., więc ja też będę musiał jej pomóc, gdy będzie chora. A ja nie chce znosić jej chorób, których z pewnością na starość będzie miała cały pakiet, ani też nie chce mieć z nią zbyt dużo do czynienia.
Eh, wziął mnie teraz taki żal, że zamiast normalnych, fajnych rodziców miałem dwójkę dorosłych dzieci ze skrzywioną psychą i dosyć konkretnymi problemami emocjonalnymi. Dwójkę ludzi, którzy nadają się na lata intensywnej terapii, a nie wychowywanie dzieci.
Brakuje mi zarówno matczynego ciepła, bliskości i miłości, jak i ojcowskiego wsparcia, akceptacji i wielu innych rzeczy. Widzę jak te braki jeszcze mocno wpływają na moje relacje z ludźmi - teraz jak siedzę w pracy i mam dosyć intensywny kontakt z dużą grupą ludzi, to mimo że potrafię już się wśród odnaleźć, rozmawiać, integrować i ogólnie dobrze czuć, to jednak wciąż przebija się moja niepewność, nieśmiałość i przeciętna siła przebicia. Mimo, że czuje się w miarę ok, to moja mowa ciała mówi coś innego. Wciąż są jakieś spięcia, oczekiwania na przykrości i lęk, że może teraz jest ok, ale trzeba zawsze być gotowym na najgorsze. Jak się miało nieobliczalnych rodziców to nawet stosunkowo długi okres spokoju i fajnych relacji z innymi nie może być powodem do odpuszczenia pilnowania się.