Może ktoś by napisał o pułapkach przebaczania i jakie przy tym mozna sobie zrobić kuku?
Kilka stron wcześniej podałam linka do świetnego artykułu w tym temacie. Oto on:
"Próba przebaczenia bez oczyszczającego przeżycia gniewu okazuje się nader często nieudanym i frustrującym przedsięwzięciem. Pływanie po nie oczyszczonej rzece wiązać się będzie z ciągłymi kolizjami: na dnie bowiem wciąż znajduje się rdzewiejące żelastwo! Dlatego Biblia daje prawo do gniewu na czele z dającym przykład Bogiem: Jego gniew jawi się jako miłość ruszająca do walki o ukochanego przezeń człowieka. Gdy gniewam się we własnej sprawie naśladuje mojego Boga i siebie biorę w obronę. Walczę o swoje życie. Uczę się kochać samego siebie, aby móc w wolności kochać innych."
Całość artykułu tutaj:
http://mateusz.pl/duchowosc/od-dg.htmTo przytomne spojrzenie katolika na kwestię oczyszczającego gniewu. Może się przydać osobom, na które religia zadziałała destrukcyjnie, ale nie tylko im. Polecam.
A teraz kilka słów z ode mnie (z mojego doświadczenia):
Być może kogoś urażę ostrymi słowami, ale czuję potrzebę napisania tego, co myślę.
Dla mnie przebaczenie to jedna wielka bzdura. Nigdy nie udało mi się uwolnić od złych emocji, gdy starałam się wybaczyć. Wręcz przeciwnie, zyskiwały one tylko na sile, ale działały jeszcze bardziej perfidnie, bo były skierowane w inną stronę, niż w tę, w którą powinny. Najczęściej w moją, albo (rzadziej) innych niewinnych ludzi.
Ze swojego doświadczenia mogę więc powiedzieć, że największą pułapką przebaczenia jest to, że hamuje ono możliwość uwolnienia stłumionych emocji. A ich uwolnienie jest warunkiem koniecznym prawdziwego przebaczenia.
Bo czymże jest przebaczenie? Jest wolnością od negatywnych emocji/uczuć wobec jakiejś osoby.
A więc co trzeba zrobić, żeby przebaczyć, żeby być wolnym? Pozbyć się tych uczuć/emocji, czyli wypuścić je. A nie da się ich pozbyć (wypuścić) bez odczucia ich, choćby przez krótką chwilę. To jest niemożliwe.
Ale najczęściej boimy się ich poczuć, szczególnie na matkę czy ojca, no bo "Czcij ojca swego…" i inne bzdety. Więc co robimy, żeby ich nie poczuć? Staramy się "przebaczyć" bez ich wypuszczenia, czyli odczucia. A więc innymi słowy spychamy w głąb siebie złośc, gniew itd., na zewnątrz przyjmując postawę miłosiernego świętoszka. Czyli innymi słowy oszukujemy siebie, robimy z siebie durnia. I jeszcze bardziej siebie krzywdzimy.
Przede wszystkim należy zrozumieć, że złość, gniew, czy inna emocja to rzecz ludzka i że skoro zostaliśmy w nie wyposażeni, to znaczy, że są nam one do czegoś potrzebne. A więc korzystajmy z nich

A nie udawajmy, że jesteśmy oświeconymi bogami.
Warto sobie uświadomić, że nie ma się co ich bać, a wszelkie przykazania i nakazy biało-astralne nadają się wyłącznie do tego, żeby sobie nimi tyłek podetrzeć (jeśli akurat są spisane na miękkim papierze

.
Wracając do przebaczenia: nie da się tego zrobić skupiając się na "pięknej energii przebaczenia" (z powodów, które opisałam powyżej). Nie ma innej rady, niż wyciągnąć z siebie brudy, najczęściej nagromadzone przez lata, i po prostu się ich pozbyć. A wtedy niczego nie będzie trzeba przebaczać. Bo gdy nie będziemy blokować procesu wychodzenia brudów, a więc gdy wyjdą one do końca, to zyskamy wolność i świadomość, że tak naprawdę niczego nie trzeba przebaczać, bo ktoś, kto nas skrzywdził zrobił to z nieświadomości (bo gdyby miał w tym temacie boską świadomość, nigdy by tego nie uczynił).
Wtedy powstaje w sercu coś na kształt współczucia tej osobie (współczucie – czyli odczuwamy, że ktoś cierpi, ale nie czujemy jego cierpienia; życzymy mu jak najlepiej, ale nie smucimy się z nim, tylko radujemy).
To dlatego napisałam, że dla mnie przebaczenie to bzdura. Choć właściwie powinno być tak: Takie podejście do przebaczenia, jakie jest powszechnie promowane to jedna wielka bzdura.
Bo przebaczenie jest skutkiem, a nie drogą do celu.