Hmmm...
Czytam i czytam posty tego wątku...Jestem w trakcie uzdrawiania relacji z matką...Moja mama,podobnie jak Clinta,jest mistrzynią presji i manipulacji i kamuflażu psychicznego-superofiara w akcji:-P ...Im więcej widzę,tym bardziej JEJ i kobiet naszego rodu jest mi żal...Żadna z nich nie umiała być matką,kobietą,kochanką...
Wieloletnia indoktrynacja religijna-do granic wypaczona i co najmniej dziwne podejście do wychowania dzieci zrobiły swoje,wykluły się stworzenia do granic bezradne i z tak silnie stłumionym gniewem i zduszoną prawdziwą naturą,że nie dziwię się,ze miały silne problemy natury psychiczneji tak mocno parły do zawoalowanej autoagresji,samozniszczenia i samoukarania za bycie nie dość dobrą,ładną,mądrą i posłuszną rodzicom i społeczności...To naprawdę smutne,co kobieta kobiecie tego samego rodu i krwi może zrobić...Teraz wiem,czemu od zawsze wiedziałam,że nie chcę mieć dzieci,nie chcę w chodzić w modele związków tradycyjnie funkcjonujace w naszym rodzie...
Do szewskiej pasji i "ciężkiej cholery" doprowadzały mnie teksty mojej mamy"przecież chcę twojego dobra","czemu ty jestes taka dzika i zbuntowana,inna,ja cie nie rozumiem,czemu ty tak walczysz z całym światem,czemu się tak stawiasz";"czemu nie chcesz sie do mnie przytulać,czemu ,jak cie przytulam ,to jesteś taka sztywna,nieobecna,co z tobą jest nie tak"

MAMO,ZE MNĄ WSZYSTKO JEST OK,CZUŁAM TEN FAŁSZ,TĄ CHORĄ MIŁOŚĆ-JA JEJ NIE PRAGNĘŁAM...JAKAŚ NIESKAŻONA CZĘŚĆ MNIE NIE CHCIAŁA SIĘ TEMU PODDAĆ,NIE CHCIAŁAM NIGDY BYC TAKA JAK TY,TAKA JAK WY...NIE MAM OCHOTY SIEBIE TŁUMIĆ,NIE CHCĘ ZAGŁUSZAĆ SIEBIE I SWOICH UCZUĆ,TERAZ WIEM,ZE NAJGORSZĄ KARĄ JEST SPRZENIEWIERZYĆ SIEBIE NA RZECZ INNYCH,ABY ZASŁUZYĆ NA COKOLWIEK,KONIEC TEJ GRY.ZROZUMIAŁAM SWOJĄ ROLĘ I ZADANIE,KTÓRE WYZNACZYŁAM SOBIE.CHCĘ NAPRAWDĘ BYĆ BEZWARUNOWO SZCZĘŚLIWA,KOCHAJĄCA I KOCHANA,SPEŁNIONA POD KAŻDYM WZGLĘDEM...
Takie są dzieje kobiet mojego rodu,ale to jest ich wybór,nie mam nawet zamiaru wchodzić znów w te energie,przekonywać,że można inaczej-moja misja jest już skończona,moja energia wraca do mnie...Czuję autentyczną ulgę...Pewnie trochę czasu mi zajmie pozbieranie się w sobie i stworzenie mojego wzorca kobiecości,prawdziwej boskiej mnie,ale co tam,wszystko w imię realnej czystej Miłości i Dobra,które ma dla mnie Bóg :-DDD.
Czułam,że muszę się tu wyzewnętrznić i wypisać,to też forma uzdrowienia...