Chciałabym was bardzo prosić o modlitwę w mojej intencji - ułóżcie sobie ją wedle własnego odczucia, ja wam powiem, co mi jest i bardzo proszę o wsparcie, bo sama, niestety, nie poradzę sobie. próbowałam.
jestem po rozstaniu z chłopakiem, z którym żyłam 2,5 roku; musiałam nagle szukać sobie nowego lokum no i mój najkochańszy kot też już ze mną nie mieszka, co jest dla mnie ogromnym ciosem psychicznym. kontynuuję nowe studia, po starych został mi dyplom, który siedzi w szafie: zaczęłam więc kolejne studia w czasie, gdy moje koleżanki i koledzy z roku już są po studiach i mają swoje pierwsze prace. ja niby sobie dorabiam "kieszonkowe", ale zastanawiam się, czy nie stoję w miejscu. ogarniają mnie wątpliwości, jakbym nagle zaczęła się starzeć, ale nie dorastać.
Już wątpię we wszystko, co wydawało mi się "świetnym pomysłem" jakiś czas temu i "przepisem na dobre życie". ciągle się dołuję, czuję się "nie na miejscu", jakbym wszystkim zawadzała i najlepiej, jakbym znikła, bo pożytku ze mnie żadnego, a tylko raz na jakiś czas są jakieś problemy ze mną i trzeba mi pomagać. w sumie wydaje mi się, że nie ma żadnego pożytku z mojego istnienia. nikt nic na tym nie zyskuje, że jestem, co najwyżej zubażam matkę ziemię z tlenu. jak patrzę na cały mój dobytek, to myślę sobie: mój boże, ile ja kosztuję. naprawdę potrzebuję tego wszystkiego, by żyć? inni żyją w gorszych warunkach i są bardziej zaradni i przedsiębiorczy ode mnie.
ktoś bliski powiedział mi kiedyś, że najlepiej, jakbym tylko leżała i pachniała jak w jakimś haremie (miala to być uwaga odnośnie mojego lenistwa, wiecznego siedzenia z głową w książkach i niepilnowania spraw doczesnych).
jeżeli możecie, pomóżcie mi jakoś, nawet nie wiem, o co was prosić, ale jak wam coś przyjdzie do głowy, to będę bardzo, BARDZO wdzięczna za wsparcie i pomoc.