Dziekuje wszystkim za wsparcie i otuche i milosc. U mnie juz troche lepiej i stabilniej, wiecej spokoju wewnatrz. Ataki chwilowo ustaly, aczkolwiek to jest typowe w tej chorobie i prawdopodobnie bedzie za jakis czas eskalacja. Zasiegnelam porady znajomego psychiatry, podpytalam tez o podobne sytuacje na forum dla osob, w ktorych zyciu jest osoba z BPD. Okazuje sie, ze te grozby nalezy wziac powaznie i zglosic na policje. Historie, ktore ludzie opisywali brzmia jak z horrorow. Ja myslalam, ze osoba z BPD raczej bedzie bedzie samobojcza niz agresywna na zewnatrz, ale jest inaczej. Jednak juz sie zmeczylam, pobalam sie 2 dni i wystarczy, nie ma sensu sie wglebiac i dawac sie nastraszyc. Sens ma uspokoic sie. I pomalu otworzyc sie na zrozumienie.
Co mnie uderza w calej tej historii najbardziej to jej 'prymitywnosc'. To jest jakbym zatoczyla jakis krag. Patrzac wstecz na swoje zycie rozpoznaje lekcje na poszczegolnych czakrach, jakby ich dominujacy ton, mimo, ze wiadomo, rozwijalo sie kilka z nich na raz. Pamietam, ze jakis czas temu nawet zastanawialam sie co musialoby sie zdarzyc zebym wrocila teraz do lekcji pierwszej czakry, w sensie tym najbardziej podstawowym: przetrwanie, przezycie. Jakie bylyby te lekcje. Nie musialam za dlugo czekac na odpowiedz.
Davvidia wczesniej wspomniala cos o budzeniu sie z transu. Moze to to, a moze nowy cykl, spirala znow w miejscu wyjscia, ale juz z inna swiadomoscia. Cala ta sytuacja teraz, od poczatku znajomosci z polowkiem, przez piekne rozwiniecie, az do ujawnienia sie choroby i porzucenia i obecnych grozb niesie ogrom _nowego_ materialu do uzdrowienia, ale rezonuje ze _starym_.
A propos intencji i tego co matek napisal. Ja nie tyle czuje sie zdradzona czy zaszczuta przez niego, co po pierwsze I najwazniejsze kompletnie I totalnie zszokowana obrotem zdarzen. Tym, ze mnie porzucil. Ze cos tak pieknego zmienilo sie w pieklo, podczas gdy ja bylam gotowa do wyjazdu I mialam tylko niewielkie obawy. Ze bedac osadzona na duchowej sciezce, zyjac z calkiem innych poziomow, nie zauwazylam jego choroby I znalazlam sie tu gdzie jestem. Ze osoby z genialnym jasnowidzeniem I jasnoczuciem nic nie zauwazyly (wiadomo, podpytywalam tu I tam, robilam analize zwiazku itp). Jeszcze 3 dni przed bardzo gwaltownym I zaburzonym rozstaniem dostalam piekna wrozbe od kogos kto sie na tym dobrze zna i kto pomogl wielu osobom z forum. Teraz wiem, ze porzucenie I to w jaki sposob do niego doszlo bylo typowym objawem BPD, jak z reszta wszystko co sie dzialo przez ostatnie 4 m-ce. Ale nadal duzo mi tu trzeba zrozumiec.
Teraz mam tak, ze jestem juz pogodzona ze strata partnera, ale jeszcze ciagle nie potrafie zaakceptowac, ze nie bedzie juz tego zycia z natura, tam. Jesli mialabym mowic o czuciu sie zdradzona, to tylko przez sama siebie – w sensie, ze majac tyle narzedzi I tyle ufnosci w sobie znalazlam sie w tak trudnej sytuacji. To chyba najgorszy kryzys jaki przechodzilam w tym zyciu, wielowymiarowy, taki co wstrzasa podstawami. Ale byc moze cos zajebistego sie wyloni z tego chaosu.
Dzieki jeszcze raz wszystkim za pomoc, to wiele znaczy. Wkrotce ide na warsztaty z Aisha Salem, czuje, ze tam odkryje wiele odpowiedzi.