Mniej więcej rok temu zacząłem pracę nad podniesieniem materialnego bogactwa. Po paromiesięcznej pracy pojawił się problem z gardłem. Ciągnęło się to przez kilka miesięcy, aż koniec końców, ciężko pochorowaliśmy się w domu wszyscy. Pisałem o tym tu na forum. Ponieważ materialnie żyjemy na zadowalającym poziomie, więc temat odpuściłem.
Parę dni temu, przy okazji przemeblowania wyciągnąłem moje stare zeszyty z afirmacjami. Wśród nich znalazłem dekret jaki napisałem sobie w wyniku mojej pracy nad sobą w ramach RSR. Przeczytałem go. Było w nim kilka odniesień dotyczących materialnego bogactwa. Następnego dnia obudziłem się z bolącym gardłem. (Wcześniej, wiele lat temu pracowałem z nim i nie miałem takich "sensacji"). W ciągu dnia popracowałem trochę nad tym dekretem. Kolejnego dnia (tj. wczoraj) wstałem z jeszcze bardziej bolącym gardłem. Zrobiłem sobie sesję regresingu. Wyszło mi, że mam lęk przed porażką. Tym lękiem sabotuję moją kreację. A sabotuję ją, gdyż boję się, że jak uda mi się to co chcę wykreować to "nic mnie nie powstrzyma". Oczywiście na gardle siedziało jeszcze wiele innych "mądrości", ale lęk przed porażką był najsilniejszy. Po sesji przypomniałem sobie, że w zeszycie z RSR wśród wielu notatek, parokrotnie rzucił mi się wyraźnie zaznaczony tekst "lęk przed porażką". Po sesji sięgnąłem po ten zeszyt, aby zobaczyć czy coś więcej mam tam napisane na ten temat, ale ... już tego tekstu nie mogłem odnaleźć. Po sesji gardło bolało nadal, z tą różnicą, że ból ten przesunął się wyżej. Sięgnąłem po zeszyt aby zanotować moje spostrzeżenia i ułożyć odpowiednie afirmacje. Tak się złożyło, że był to zeszyt z EFT (prowadzę wiele różnych zeszytów :-). Pomyślałem, że może zamiast układać afirmację spróbuję opukać ten lęk. Zacząłem od lęku, a później wszystko co mi wychodziło. Po kilku "rundach" na skali było 0. Kiedy chciałem już zaprzestać, zauważyłem w zeszycie notatkę, "dobrą radę" którą mi Davvidia w kwietniu udzieliła tu na forum (dzięki!) - abym nie rezygnował nawet jak już nic nie wychodzi, tylko opukiwał aż "zacznę zapominać o czym pukałem". Tak więc wykonałem jeszcze tylko kilka rund, gdyż nie miałem już warunków do dalszej pracy. Ból gardła zmniejszył się nieco, ale wciąż pozostawał. Przez pół dnia czułem jak jakieś delikatne energie przepływają przeze mnie i z godziny na godzinę ból gardła się zmniejsza, aż ostatecznie wieczorem zorientowałem się, że ból znikł. I choć czuję, że jeszcze nad moim "gardłem" muszę popracować, to czuję ogromną ulgę, radość i zadowolenie. Znów zaświeciło dla mnie słońce :-)