Od niedawna pozwalam sobie na trzeźwo oceniać osoby, które mnie otaczają - już bez potrzeby tego, by być "lubianą" i dostosowywać się do otoczenia za wszelką cenę.
Wszystko ładnie pięknie, a tu nagle okazuje się, że mnie otaczają osoby, które sobie robią jawnie jaja z mojej inteligencji - oszukują mnie, szukają mojej atencji (znacie ten syndrom: attention whore?) lub okazują się osobami, które są niby w porządku, ale nie czuję się z nimi najlepiej, bo są na niższym poziomie ERD. Nie chcę być tu jakąś faszystką, ostatecznie gdyby każdy zadawał się tylko z osobami o swoim ERD to nic byśmy się od nikogo nie nauczyli a i świat trochę przypominałby tajską fabrykę ciuchów - niebieskie na lewą kupę, w paski na prawą...
Różnorodność może być i spoko... ale ja już się czuję TAK CHOLERNIE SAMOTNA, że chce mi się wyć do księżyca. Wszyscy są inni niż ja, ja już nigdzie nie pasuję. Jestem chyba bytem aspołecznym. Jedynie co, to rozumie mnie mama, ale i ona nie da rady do końca, bo pewne moje zachowania uważa za dziwactwo (ona - niebieska, ja - czerwona i na podstawie klasycznych różnic między dwiema frakcjami dochodzi do... khem... prób tolerancji). Czy nie ma nikogo na świecie, kto byłby taki jak ja?

Czuję się, jakbym musiała ciągle trzymać gardę