To niesamowite z jak ogromnym zlepkiem różnych wyobrażeń o sobie się utożsamiam. Widzę coraz silniej jak wiele moich zachowań, sposobów przejawiania się jest sztucznym tworem, stworzonym po to, aby się dostosować, osiągnąć różne cele, wyprzeć się swojego pochodzenia.
Bywam jeszcze nieśmiały, siłę przebicia mam niewielką, ale to przecież nie jestem ja. To jest przestraszony chłopiec, który zbyt często słyszał że ma się zamknąć, któremu dawano do zrozumienia że tylko zawadza i jest jedynie balastem dla innych. Nie jestem tym chłopcem, a jednak wciąż po części się nim czuje.
Często bawię ludzi opowiadając głupoty, żartuje sobie ze wszystkiego i zdobywam w ten sposób uwagę i zainteresowanie, ale w głębi siebie nie czuje się z tym dobrze. Wiem, że to też nie jestem ja. Tak naprawdę wolę radosny spokój, od zwykłego wydurniania się, ale inna, sztuczna część mnie musi osiągnąć swój cel.
Ta część to samotnik, który wierzy że jest skazany na bycie samemu. Czuje się wyobcowany, bo w jego otoczeniu nigdy nie ma ludzi z którymi mógłby być w pełni szczery. Nie ma ludzi, którzy byliby zainteresowani nim prawdziwym i tym co ma realnie cennego do zaoferowania, więc przybiera maskę wesołka, a w miejsca w których panowałaby niezręczna cisza, jak to między osobami nie mającymi nic wspólnego ze sobą - rzuca jednym, drugim i trzecim żartem. Śmiech zakrywa bolesną tęsknotę za bliskimi relacjami, zrozumieniem, harmonią i miłością, którą można się podzielić.
Nie potrafi być sobą wśród innych, ponieważ boi się że zostanie odrzucony przez nich tak samo, jak sam niegdyś odrzucił siebie. Wydaje mu się, że lepiej jest tworzyć kolejne maski i bawić się w aktora na scenie życia. W końcu odrzucenie jednej czy drugiej roli nie będzie tak bolało, jak odrzucenie jego samego. Nie miał odwagi zmierzyć się po raz kolejny z tym bólem, więc wybrał tkwienie w wypieraniu siebie.
Ale czy jest szczęśliwy? Czy ja jestem szczęśliwy? Która część mnie to rzeczywiście ja? Przybrałem tak wiele ról, że już dawno się pogubiłem. Wciąż odpadają kolejne wyobrażenia - czuje się jakby było mnie coraz mniej.
Wiem... czuje że jest we mnie niezwykle piękna cząstka. Podczas, gdy tak wiele różnych wyobrażeń walczy we mnie o swoją uwagę, ta cząstka zachowuje pełen spokój, nie wymusza uwagi na sobie, nie walczy o to, aby się przejawić. W pełni akceptuje odrzucenie, nienawiść, ucieczkę od niej. Cokolwiek bym nie zrobił, ona trwa nieporuszona, równie wspaniała jak na samym początku. Te wszystkie wcielenia pełne cierpienia nie zostawiły na niej nawet rysy.
Jeżeli chce być naprawdę sobą - muszę siebie poznać - na szczęście teraz już wiem gdzie kierować uwagę. Dziękuje Bogu w sobie
