Poczytałam rozmowe Clinta i Brusa Wilisa i mam wniosek tez dla siebie, w sumie w sama porę.
"Po co wiedzieć, skoro wiem że Bóg ma dla mnie tylko to co najlepsze? To oznacza kompletny brak kontroli i straszliwą katastrofę dla ego, które zostaje wylane z roboty, bo nie ma już co robić."
Ja się nie zgadzam z tym i uwarzam to co J007 napisał. Tzn niewiem czy ma to na mysli co ja ale tak to odebrałam. A chodzi mi o to, że zaufanie Bogu nie polega na takim ful oddaniu, że biore co leci z góry nawet niepatrzę co i jak, bo ufam, jest pięknie. Napewno tak jest, oczywiście:) I jest do właściwe, ale mam wrażenie, że po oświeceniu lub bardzo blisko przed ewentualnie.
To nie jest złe, ze to co Bóg mi podsyła- ja analizuję. Myślę, że gdybym nie poświęcała uwagi temu co leci do mnie, to byłabym trochę nie przytomna. Puki nie jestem oświecona, rózne rzeczy mogą przychodzić, także z podświadomości. Dlatego przytomna mądrość nie jest tu minusem a plusem i o ile jest to Mądrość, to jaknajbardziej łączy sie ona z zaufaniem, mimo iż moze z boku to wyglądac na kontrolę.
Ja niewiem co Bóg mi daje a co podświadomość. Wiem to dopiero jak przemedytuje temat i oczyszczę. A czasem wystarczy wsłuchac się w wewnetrzny głos w sercu i zobaczyć skąd to przychodzi i jaki jest tego cel. Zawsze sie to sprawdza u mnie. I dopiero na tym poziomie u mnie wychodza opory, bo czasem uwarzam ze bóg sie myli. I za kazdym razem jednak wychodzi na jego [ myslę tak w przypadkach w których uwarzam ze niezasługuje na takie cos extra]. Gdybym przyjmowała bez namysłu to bym niewiedziała o sobie tego, co wiem.
O ile dobrze was wogóle zrozumiałam.
ps, mi jest juz lepiej. popłakałam sie dziś bo zrobiło mi sie przykro ze tak ranię siebie tym bezsensem i to mnie jakos otworzyło przynajmniej na tyle, ze mam motywacje pracować nad tematem.