Skoro padło już owo niania

przejdę do niańczenia, słowa mamunia , tatunio i dylematu, który mnie co rusz ogarnia- rodzicom wybaczyć co jakiś czas , że byli jacy byli/są jest łatwiej ale sobie za to, że wybrało się takich rodziców na traumy i nerwy już o wiele gorzej. Do tej pory mi się to nie udaje ani przez modlitwę ani EFT . Jak oprócz regresingu można sobie z tym poradzić?
Wystarczy 5 minut w kontakcie z którymś z nich i odpala mi się wszystko co złe, przymus wiecznego ich uszcześliwiania, potrzeba unikania i poczucie winy, jakiejś wiecznej odpłaty za wychowanie, wali po czakrach jak cholera.
Zauwazam, że im bardziej staram się od nich oddzielić, odwarknąć tym bardziej sytuacja się napina.
Pewnie nie robię tego z poziomu serca tylko bardziej na sucho i to dlatego wrzód rośnie ale nie pęka.
Chciałabym ich zostawić samym sobie i żyć z dala , nie przeszkadzałoby mi jakby zniknęli jak w bajce, wtedy bym ich idealizowała
