Na polu rodzinnym znów sporo się dzieje a ja w związku z tym miast ofiarnosci i współczucia jak to zwykle przychodziło mi naturalnie zamrazam się, czuję w sobie taki bunt na okazywanie wspołczucia i serca ze mnie to przeraziło dzisiaj. Wiem, że jest to forma obrony przed jazdami emocjonalnymi mojej siostry , której córka jest w szpitalu, jutro ma zabieg a siostra idzie do pracy i wyrzuca sobie ze jest złą matka bo nie wzieła wolnego a dwa ze juz widzi u małej raki i inne najgorsze sprawy. Z kolei nasza matka od razu wpadła w panikę , ryczy po kątach, a mnie i ojcu nie daje zyc , wszystkich wysyła do małej do szpitala . Ja tego najnormalniej w swiecie nie wytrzymuje psychicznie. Stad pewnie bronię się przez zatrzaśniecie emocji, chłód i takie stawianie ich do pionu, ze martwienie nic nie daje, w srodku mam tyle dynamitu ze najchetniej ryczałabym jak lew, oni wręcz nie wierzą ze dziecko też ma opieke nad soba, tą niewidzialną. Jedyny przytomny jest chyba szwagier.
A może to ze mną coś nie tak , zamknięcie n miłosc dało znać czy właśnie zakamuflowany strach...
strach przed ich strachem i wkurw ze tego nie przechodza jakos mądrzej
Tak mi przyszło teraz, że największy mój bunt nie ma nic wspolnego z tym aktualnym zdarzeniem ale z cyklicznością lamentujacych i panikarzy i narzekaczy ktorych mam dosc!
ktorzy zerują na uwadze
sio!