Zrozumialam i przyjełam do siebie coś z czym mam na bakier, czyli temat zgody ze sobą. Po sesjach nt drogi życia, odkrywania jej, mozliwych wersji, moich intencji, przeszkód- to wpłynęło na mnie silnie, nawet bardzo silnie. Bo po odrzuceniu tych wszystkich " oj nieeee" poczułam wewnętrzną zgodę na wyrażanie siebie taką jaką jestem i wewnętrzną zgodę na plan który się kreśli. Zrozumiałam ze od 2 tysięcy lat, mniej więcej, idę pod prąd, tak totalnie. Niechciałam słyszeć o pewnych rzeczach. Zwątpiłam w siebie. Co ciekawe, w Boga nigdy nie zwątpiłam. Czułam jedynie, jak bardzo jest on łaskawy i jak bardzo nie umiem juz wrucić do tego stanu świadomości. Zrozumiałam, że Bóg pojawia się we mnie gdy ja zgadzam się na siebie i nie ma innej drogi. Mozna osiagnąć wysoką świadomość, lecz nie ma oświecenia, pełni.
Widzę, ze gdy teraz, pozwalam sobie na siebie, na mój plan na to zycie, gdy pozwalam, akceptuję moją podświadomość, jej zabawne, lecz nie szkodliwe przekonania co do tego jak powinnam robic milion nieistotnych tak naprawdę rzeczy, na jej przywiązania, wogóle na to, jaką "siebie" wybrałam na to zycie, to pozwalam Bogu działac we mnie, w moim ciele, umyśle, sercu. W całym moim życiu.
Tylko żeby to w koncu przyjąć, musialam zobaczyc wyraźnie te drogi zycia, moment gdy stwarzałam siebie. To dało mi niesamowity dystans do rzeczywistości poprzez zrozumienie jej. szkoda ze wczesniej nie byłam na to gotowa:) Mam nadzieję, ze wywalanki będa przechodzić szybko i skutecznie. Pś szybciej przyjmuje Boga, gdy ja przyjmuje ją
