Rozjaśnia mi się co nieco w temacie i jak na razie wychodzi na to, że odczuwam silny żal związany z mocnym olewaniem moich potrzeb w dzieciństwie. Na każdym kroku dawanie do zrozumienia, że nie ma znaczenia to czego ja chce, pokazywanie że mi się nic nie należy, nic nie mogę, a jedynie mam cieszyć michę z tego co mi się łaskawie skapnie.
I tutaj od razu widzę fundament pod moje lęki przed przyszłością i usamodzielnieniem się. Odbieram świat zewnętrzny tak jak moich rodziców - boje się, że jak wyjdę do świata to on mnie potraktuje jak intruza, zapyta groźnie "czego ty chcesz?" i mnie oleje. Boje się, że jak będę miał żyć i utrzymywać się samodzielnie to będę skazany na to, co mi się skapnie od tego świata - jakieś resztki z których akurat nikt nie chciał skorzystać. Widzę tu moje lęki o byt i przetrwanie, niemal wszędzie słyszę i czytam o tym jak ludziom ciężko z pracą, jak nic nie znajdują, a jak wreszcie znajdą to robią po 10-12 godzin za marne pieniądze. Mój ojciec miał tak wiele i nie chciał się ze mną podzielić, więc czemu ta nasza gospodarka, która ma tak mało miała by mi dać dobrego?
Skoro właśni rodzice nie chcieli mi niczego dawać, to czemu ten obcy, zewnętrzny świat miałby chcieć mi dać cokolwiek? Czuje taki pierwotny, dziecięcy lęk że ktoś taki jak ja po prostu nie zasługuje na to co dobre. Brakuje mi bliskości od innych ludzi i świata. Brakuje mi poczucia bezpieczeństwa, poczucia że jestem kochanym dzieckiem, którym się ktoś zawsze zaopiekuje i je wspomoże. Boje się, że jeśli upadnę to będę leżał tak długo, aż sam się nie podniosę. Czuje że jestem skazany tylko na siebie i na swoje ograniczone możliwości. Jestem całkowicie sam.
Boje się bliskich relacji z innymi ludźmi, bo dziecko we mnie mówi że bliskie relacje polegają na tym, że inni biorą i wymagają, a ja spełniam ich oczekiwania żeby ich zadowolić. Kiedy ich zadowolę to jestem dobrym dzieckiem, choć nadal smutnym i pustym w środku.
Nie wierze w to, że w moim życiu mógłby się pojawić ktoś kto chciałby mnie od tak po prostu kochać, robić coś dla mnie dobrego i dbać o moje potrzeby. Nie wiem czemu ktokolwiek miałby być zainteresowany. Tylko ja sam mogę zaspokajać swoje potrzeby, muszę w to wierzyć, bo jak inaczej miałbym podtrzymywać w sobie chęć do życia?
W rzeczywistości nie chce związku partnerskiego, bo jestem już zmęczony zaspokajaniem potrzeb moich chorych rodziców. Nie zniósłbym kolejnej takiej osoby na głowie. Jestem zmęczony tym, że już jako dziecko kazano stać mi się dorosłym, że zamiast zaspokoić moje liczne potrzeby, wymagano ode mnie tego, żebym to ja dawał je swoim rodzicom. Jestem przeraźliwie zmęczony tymi wszystkim presjami, wymaganiami i żądaniami. Tyle musiałem robić, żeby je spełniać w celu przetrwania i uniknięciu kolejnego krzyku, kolejnej kary, kolejnego zamachnięcia się na mnie, kolejnych przekleństw, że kompletnie zatraciłem siebie i nie miałem już czasu, siły ani miejsca na to, aby być sobą. Zapomniałem o sobie i swoich potrzebach. Ja się nie liczyłem. Moje potrzeby się nie liczyły. Musiałem to pamiętać, żeby przeżyć. Taki był warunek mojej nędznej egzystencji.
Boje się bliskich relacji, bo nie chce już walczyć o przeżycie. Nie chce być raniony i poniżany. Nie chce przeżywać tego wszystkiego ponownie. Ból samotności jest niczym wobec tego koszmaru. Wtedy byłem całkowicie bezbronny. Mógłbym krzyczeć z całych sił, ale nikt by mnie nie usłyszał, po za moim ojcem, który by mnie tylko ukarał za ten akt buntu. Nauczyłem się więc milczeć i znosić cierpienie z pokorą. Taka była cena przetrwania.
Nauczyłem się, że bliskie relacje to znoszenie bólu od "bliskich" ze zaciśniętymi zębami. Nauczyłem się, że moje istnienie jest przeszkodą dla tego świata. Świat się poświęca pozwalając mi żyć. Mój tatuś się poświęca pozwalając mi żyć. Mój tatuś okazuje mi łaskę pozwalając mi jeść, oddychać i spać pod jego dachem. Moim obowiązkiem jest cieszyć się z tego i z uśmiechem na ustach zaciskać zęby kiedy tak bardzo boli.
A im bardziej boli, tym bardziej mam się uśmiechać. Mam się uśmiechać i brać udział w tej szopce udającej rodzinę, żeby tatuś nie widział, że jego też boli. Tak więc uśmiecham się i zgodnie z tekstem w scenariuszu dziękuje tatusiowi, że się nade mną znęca. Dziękuje mu za to, że się dla mnie tak poświęca.
....
A tak naprawdę to dziękuje sobie, że w końcu po tylu latach pozwoliłem sobie zrzucić ten ciężar udawania przed sobą i przyznać się do tego bólu. Ufff, było mi to naprawdę potrzebne.