Autor Wątek: Kącik Oczyszczania  (Przeczytany 413605 razy)

Jolanta 16

  • Wiadomości: 710
  • Płeć: Kobieta
  • Status: Poszukujący
[#]   « 2012-06-11, 10:37:37 »
Feli - ja tez zrozumialam, ze choc lubie i potrzebuje osob wokol siebie- sama jestem odpowiedzialna za to aby byc szczesliwa. Nikt na swiecie nie wie co w danej chwili oznacza szczescie dla innych. Mozna naturalnie cos milego zrobic dla kogos- to go ucieszy ,uszczesliwi ale tylko na okreslony czas- chwila, dzien albo dluzej.....albo w ogole nie- to jak z nie trafionymi prezentami.

wiem, ze sama nie lubie sie zmuszac do robienia czegos- ale jak mam zmienic fakt, ze moja corka choc ma 13 lat -nie chce myc zebow- pozwolic nie myc??? ciagle jej przypominamy bo wiem, ze nawet potrafila by nie myc nawet miesiac ....to jest kompromis tak jak ze sprzataniem....nie sprzata ...bo nie ....bo moze w koncu matke krew zaleje i sama posprzata...ona nie ma nic przeciwko aby inni za nia wszystko robili.....- przeszkadza ci balagan w moim pokoju to posprzataj- moze to tylko bunt nastolatki....ale pewne rzeczy trzeba robic- gotowac, zmywac, pracowac - ja staram sie przy tych czynnosciach nie spinac i lubie to robic ....ale moja corka nie ...co wtedy?

Grażyna Anna

  • Gość
[#]   « 2012-06-11, 10:14:09 »
Feli napisz :) Masz fajne wglądy, więc to co piszesz zawsze jest inspirujące :)

Mi na razie wychodzi, że szukam miłości na zewnątrz oraz oczekuje opieki od innych, bo koszmarnie boję się zostać sama (tzn. nie będzie przy mnie nikogo). Moja podświadomość stwierdziła, że gdybym sama się sobą zajęła, zatroszczyła o siebie i swoje ww dziecko, to właśnie zostanę sama.
Choć na myśl, że sama dla siebie mogę być źródłem miłości jakiś wewnętrzny głos stwierdził, że wtedy, logicznie rzecz biorąc, inni nie będą mi już potrzebni by nie czuć tego bycia samą.

Ten lęk przez zostaniem samą, bierze się z braku poczucia bezpieczeństwa. Od zawsze boję się iść sama w nieznane (miejsce, lub nowe działanie). Szukam osób, które staną się moją asekuracją, przewodnikiem, oparciem. Wtedy mogę działać.
Moje ww dziecko jest przerażone, gdy nie ma obok kogoś, kto mógłby być oparciem, takim filarem bezpieczeństwa. Boi się, że zginie jeśli zostanie samo, że nie poradzi sobie.

« Ostatnia zmiana: 2012-06-11, 10:27:10 wysłana przez Grażyna Anna »

Karina

  • Wiadomości: 3 331
  • Płeć: Kobieta
  • Status: Obserwator
[#]   « 2012-06-11, 08:19:51 »
Fel,

Ja sobie mówię w takich sytuacjach: "Głęboko kocham siebie i akceptuję nawet, gdy czasem muszę coś zrobić na co nie mam ochoty" (ale chcę żeby było np. posprzątane czy coś zrobione, albo wynajmuję kogoś do tej "czarnej" roboty. Ale już coraz mniej, bo też coraz bardziej lubię działać w materii, choć czasem jeszcze opór jest.:)

Indra

  • Wiadomości: 2 440
  • Płeć: Kobieta
  • Status: Obserwator
[#]   « 2012-06-10, 23:59:50 »
Napisz koniecznie! Mnie właśnie wywala ten brak i pewnie Twój post by mi się przydał. Męczę się z tym brakiem od lat, chyba całe życie. Ciekawa jestem, jak szybko można coś takiego uwolnić, bo z tym sie u mnie wiąże kreowanie relacji, w których moja bliskośc/uczucia są odrzucane

Felicite

  • Gość
[#]   « 2012-06-10, 23:58:07 »
Mateusz, hihihi, no nie ;))

Indra,
A jak to jest z potrzebą miłości? rozumiem, że gdy jest ona oparta na braku to można to puścić... zakładając, że uwalniasz sie od poczucia braku miłości- co wtedy się dzieje z tą potrzebą? zanika zupełnie?

Absolutnie nie. Kiedy uwalniasz się od pragnienia, by otrzymać miłość z zewnątrz (bo o to tu chodzi), wtedy dostrzegasz, że Ty jesteś dla siebie źródłem miłości, że nikt inny nie może Ci tego dać, choćby nie wiem, jak się starał :)
Właśnie kilka dni temu wpadłam na to, dlaczego tak właśnie jest: dlaczego tylko my sami możemy zapełnić ten brak i zamierzałam o tym napisać, ale jakoś tak mi schodziło, bo czasu nie miałam zbyt wiele. Ale napiszę o tym, może nawet jutro. W wątku o Terapii wewnętrznego dziecka, bo to będzie dotyczyć wewnętrznego dzieciaczka :)

Indra

  • Wiadomości: 2 440
  • Płeć: Kobieta
  • Status: Obserwator
[#]   « 2012-06-10, 23:41:30 »
 Feli
A jak to jest z potrzebą miłości? rozumiem, że gdy jest ona oparta na braku to można to puścić... zakładając, że uwalniasz sie od poczucia braku miłości- co wtedy się dzieje z tą potrzebą? zanika zupełnie?

Mateusz

  • Wiadomości: 1 234
  • Status: Obserwator
[#]   « 2012-06-10, 23:30:59 »
Felicite

Czyli nie nadajesz sie do pracy najemnej ;)

Felicite

  • Gość
[#]   « 2012-06-10, 23:12:05 »
Umysł całkowicie kreuje nastawienie do jakichkolwiek czynności, jełśi nie masz przywiązania ( w skrócie) do czegoś bądx żądnych karmicznych z tym zaszłości to to robisz bez żądnych emocji i na luzie  po prostu działasz w tym bezintencyjnie.

Łuki, nie chodzi tylko o to, o czym piszesz (choć poniekąd masz rację, na przykładzie: moje niedostrzeganie nieporządku i brak chęci do sprzątania wynikało z blokady na dostrzeżenie piękna w materii; chodziło o bunt przeciwko materii).
Gdyby tak było, to ja np. w ogóle nie lubiłabym sprzątać. A tymczasem wcale tak nie było. Nie lubiłam sprzątać, bo zazwyczaj czułam presję, że trzeba to robić.  Ale były momenty, gdy nie czułam żadnych presji i wtedy sama z siebie, dla własnej przyjemności, sprzątałam pokój. Dawało mi to wiele radości.
Takich przykładów mogłabym podać dużo więcej.
Z mojego doświadczenia wynika więc, że chodzi o coś więcej. O co? No właśnie o kwestię tego, czy decydując się na coś, czujesz przymus (presję), czy nie.
Nie ma znaczenia, o jaki rodzaj czynności chodzi, ale właśnie o to, czy ich wykonywanie jest moim wolnym wyborem (decyzją podjętą samodzielnie, z entuzjazmem), czy nie. Wtedy, gdy podejmuję decyzję pod przymusem (np. sprzątam dom, bo przychodzą goście, a wtedy „musi być czysto”), to w głębi siebie czuję smutek i opór, a na zewnątrz zmęczenie i rozdrażnienie (mimo tego, że ze spełnienia obowiązku, też czuję jakąś tam płytką satysfakcję, a w zasadzie nie jest to nawet satysfakcja tylko jakby ulga, że uniknęłam czegoś nieprzyjemnego).
Jeśli działam na zasadzie przymusu (bo rodzina, bo co ludzie powiedzą, bo się boję, bo się wstydzę) w większości chwil w życiu, wtedy zupełnie tracę radość życia  i popadam w depresję. Nic dziwnego, w końcu kto chciałby żyć nie-swoim życiem?

Buddha_Lounge

  • Gość
[#]   « 2012-06-10, 17:59:48 »
Felicite
Umysł całkowicie kreuje nastawienie do jakichkolwiek czynności, jełśi nie masz przywiązania ( w skrócie) do czegoś bądx żądnych karmicznych z tym zaszłości to to robisz bez żądnych emocji i na luzie  po prostu działasz w tym bezintencyjnie.

Felicite

  • Gość
[#]   « 2012-06-10, 16:22:15 »
Bziuuuummm :))

Jeszcze do tego, co pisałam: Zauważyłam, że rezygnacja z realizacji wewnętrznych i zewnętrznych przymusów i pozwalanie sobie tylko na to, co przyjemne sprawia, że coraz więcej zajęć, których kiedyś nie lubiłam, postrzegam jako przyjemne. Tylko dlatego, że nikt i nic mnie do nich nie zmusza.Bo w sumie każda rzecz, każde zajęcie (no prawie każde, bo chyba robota w kamieniołomach się do tego nie zalicza, choć kto wie? ;) może być tak samo przyjemnością, zabawą, jak i udręką.
Np. sprzątanie - całe życie się przed nim wymigiwałam, buntowałam, bo czułam przymus. A teraz, gdy (prawie ;) nie ma przymusu, to się przy tym po prostu dobrze bawię :) Robię tylko to, co chcę i tylko wtedy, gdy tego chcę. I nie ma znaczenia, co to jest. To może być nawet sprzątanie. Bo kto powiedział, że sprzątanie nie może być dobrą zabawą, gdy ma się na nie ochotę? (jeśli ktoś czytał Pippi Pończoszankę, to wie o czym mówię :)))

bziuuummm

  • Gość
[#]   « 2012-06-10, 13:34:12 »
super, super, super felcia :)
taki Małaszyński...dzis dopiero dowiedziałam się, że założył jakiś zespół, realizuje cos co w nim siedzi, dobrze, źle, no nie ważne,
fajnie:)
« Ostatnia zmiana: 2012-06-10, 13:36:44 wysłana przez bziuuummm »

Felicite

  • Gość
[#]   « 2012-06-10, 13:02:53 »
Inaczej rozumiemy "robienie czegoś na siłę" i "robienie tego, czego się w danej chwili chce". Bo można to rozumieć rozmaicie i w zależności od znaczenia albo zrobić sobie krzywdę i jednym i drugim, albo i jednym i drugim przysporzyć korzyści:)

To może ja pokrótce (postaram się, ale nie obiecuję ;) wyjaśnię, co o tym myślę i dlaczego właśnie tak, a nie inaczej, bo faktycznie na pierwszy rzut oka zalecenie, żeby „robić, to co się chce” może dziwnie wyglądać.
Otóż jesteśmy tacy, jak nas ukształtowali rodzice, społeczeństwo, kultura. Jesteśmy spętani zakazami, nakazami, regułami, lękami. Boimy się robić to, co chcemy, bo po pierwsze nie wiemy, czego tak naprawdę chcemy (bo w imię przystosowania do życia wśród ludzi wyzbyliśmy się dostępu do siebie samych, do swoich pragnień), a po drugie mamy podskórne przekonanie, że jesteśmy źli (taki „przekaz” dostajemy od zarania naszego istnienia), więc gdybyśmy sobie pozwolili na to, co chcemy, to wyszłaby z tego katastrofa.
Nieliczne (albo nawet i liczne :p) „wyskoki”, czyli pozwolenie sobie na to, na co mamy ochotę utwierdzają nas w tym, bo okazuje się, że to, co robimy nie wychodzi za dobrze i tylko budzi w nas niesmak i wstyd (przykład: nałogowiec pozwala sobie na to, czego chce – a chce np. pic wódę).

Dlaczego tak jest? Bo robiąc to, nie jesteśmy sobą (jesteśmy spętani negatywnymi emocjami i to one nie pozwalają nam postępować zgodnie z sobą prawdziwym). Jesteśmy tworem społeczeństwa. A ono uważa nas za złych, czy głupich z natury. A ponieważ my też mamy takie zdanie o sobie (nieświadomie, a niektórzy nawet świadomie,  przejęliśmy taki obraz siebie), to postępujemy w zgodzie z tym, co o sobie myślimy i robimy głupstwa (a gwarancją tego są obecne w nas emocje, które zniekształcają obraz rzeczywistości). Do tego dochodzą różne inne mechanizmy wyrosłe na tej samej bazie, czyli na lęku przed sobą, jako kimś z gruntu złym i braku zaufania do siebie.

Czy ktoś ma wątpliwości, co do tego, że w naszej kulturze uważa się człowieka za złego, czy głupiego z natury? Jeśli tak, to żeby je rozwiać wystarczy przyjrzeć się wychowaniu dzieci w naszym społeczeństwie. Robi się wszystko, żeby je przystosować, wychować, wykorzenić z nich egoizm (często biciem, karami i zawstydzaniem), ukształtować na swoje podobieństwo (wychowanie zawiera ukryty, a często jawny przekaz: „masz być taki, jak ja – porządny człowiek – a nie taki, jakim jesteś”), nauczyć wyznawać wartości cenione w danej kulturze, ukształtować sumienie, itd. A to wszystko oparte na lęku i braku zaufania do siebie, innych i do Boga.
Gdyby uważano dziecko (człowieka) za dobrego i mądrego z natury, to nie robiono by wszystkiego, żeby złamać mu kręgosłup już na początku jego istnienia, tylko dbano by o to, żeby rozwijało się bez żadnych nacisków ze strony dorosłych, żeby mogło uzewnętrznić, rozwinąć cechy, które już ma w sobie. Tak jak dba się o kwiat: wystarczy stworzyć mu dobre warunki, nie naciskać na niego, nie deptać, żeby z małego ziarenka rozwinął się piękny okaz :) Niczego nie trzeba mu pokazywać, czy wpajać w niego, bo wszystko co potrzebne ma już w sobie. Wystarczy mu ochrona przed wiatrem i kropla wody od czasu do czasu. A najważniejsze dla niego, to mu nie przeszkadzać w stawianiu się takim, jaki jest. Tak samo jest z dzieckiem.
Niestety, nam nie było to nigdy dane (nam - czyli ogromnej większości ludzi na Ziemi). To dlatego mamy spaczony obraz siebie i zgodnie z tym obrazem postępujemy. To dlatego boimy się, że gdy pozwólmy sobie na zbyt dużo, to stanie się coś strasznego. To dlatego sami się kontrolujemy nawet wtedy, gdy zewnętrzna kontrola w postaci rodziców, czy partnera znika. Ze strachu.
I tak można przeżyć całe życie, nawet „rozwijając się duchowo”. Można przeżyć życie (i to nie jedno) nie nawiązując głębszego kontaktu ze sobą samym. Bo trudno nawiązać taki kontakt w sytuacji, gdy ktoś się siebie boi.

Dlatego trzeba w praktyce przekonać się, jakim się jest. Czy faktycznie będzie katastrofa, gdy pozwolę sobie być sobą? A może jednak nie? A nawet gdyby była, to co? A może lepiej jest być sobą i spowodować katastrofę, niż żyć na pół gwizdka, nie swoim życiem, represjonując siebie?
W tym celu (w celu przekonania się) dobrze jest odrzucić wszystkie nakazy oraz zakazy i pozwalać sobie na to, na co ma się ochotę (bez oceniania – to jest dobre, tamto złe). Bez wstydu, bez poczucia winy itd. Może na początku palnie się jakieś głupstwo, albo dwa (na początku i tak przyzwyczajenie do samokontroli nie pozwoli na większe głupstwa, więc bez obawy), ale w miarę praktyki, gdy kontakt ze sobą (z intuicją) będzie coraz głębszy, będzie coraz mniej miejsca na głupstwa. Bo kiedy postępujemy w zgodzie ze swoją prawdziwą naturą (a gdy emocje nie zaciemniają nam jej obrazu jest to możliwe), wtedy wszystko, co robimy jest właściwe, bo zgodne z nami, zgodne z naturalnym porządkiem rzeczy :)
Kluczem do sukcesu jest więc brak emocji, które powodują nieprzytomność. A nieprzytomność powadzi do wypaczeń. Nie oceniaj – „to jest dobre, a tamto złe, tak ma być, a tak nie”, a wtedy nie będziesz miał emocji („o matko, postąpiłem źle, niezgodnie z kodeksem, pójdę za to do piekła!” – i już lęk gotowy! I poczucie winy. I wstyd. I tak dalej ;)
[To pewne uproszczenie z tymi emocjami i oceną, bo to troszkę bardziej skomplikowane, ale to prawda – ocena jest przyczyną wielu kłopotów.]

Poza tym pozwalając sobie na to, na co mamy ochotę trzeba się zastanowić, czy to faktycznie ja mam na to ochotę, czy tylko wypełniam samospełniającą się przepowiednię („H. to córka alkoholika i na pewno skończy tak jak ojciec!”), czyli postępuję tak, jak chcieliby inni, albo czy zaspokajam swoje pragnienie aprobaty i realizuję nakaz, który wpoiła mi moja matka (np. mam ochotę posiedzieć w domu, ale pędzę na imprezę, bo przecież „trzeba utrzymywać kontakt z ludźmi”)
Bo większość naszych zachciewajek to nie nasze prawdziwe pragnienia, czy potrzeby, tylko konsekwencja „atakujących” nas przymusów. Zauważ istnienie tych przymusów i nie zasilaj ich (nie poddawaj się im), a będą one stopniowo zanikać. I wtedy coraz częściej Twoje pragnienia będą odzwierciedleniem Twoich prawdziwych potrzeb.

Felicite

  • Gość
[#]   « 2012-06-10, 00:12:34 »
Piotr, chęć może i by się znalazła, ale czasu brak, więc się nie deklaruję :)
Może kiedyś jeszcze będzie okazja, by do tego wrócić i sobie powyjaśniać co nieco. Poza tym może po jakimś czasie zmienią nam się (wyklarują) poglądy na pewne kwestie? Kto wie, kto wie? Przecież człowiek nie krowa... ;)

Piotr

  • Wiadomości: 788
  • Płeć: Mężczyzna
    • Kultura aryjska
  • Status: Obserwator
[#]   « 2012-06-10, 00:06:49 »
Felicite, pewnie nie do końca kwestie semantyczne, bo wygląda na to, że mamy też nieco inne podejście do tzw. praktyki. Moje, owszem - wynika w jakiejś mierze z wzorców samokontroli, ale nie sądzę, żeby w całej.
Dyskusję fajnie byłoby pokontynuować, ale te nieszczęsne "kwestie semantyczne" wymagają na tyle obszernych wyjaśnień, że forma rozmowy na forum staje się niepraktyczna (stąd też moja zdawkowa odpowiedź). Możemy je porozstrzygać w wiadomościach prywatnych, jeśli masz chęć:)

Felicite

  • Gość
[#]   « 2012-06-09, 23:54:27 »
Myślę, Piotrze, że coś w tym jest (że głównie chodzi o kwestie semantyczne), choć ja z kolei mam wrażenie, że nie do końca. No ale skoro dyskusja się już naturalnie "wypaliła", to nie ma co jej kontynuować :)
« Ostatnia zmiana: 2012-06-09, 23:56:26 wysłana przez Felicite »