Inaczej rozumiemy "robienie czegoś na siłę" i "robienie tego, czego się w danej chwili chce". Bo można to rozumieć rozmaicie i w zależności od znaczenia albo zrobić sobie krzywdę i jednym i drugim, albo i jednym i drugim przysporzyć korzyści:)
To może ja pokrótce (postaram się, ale nie obiecuję

wyjaśnię, co o tym myślę i dlaczego właśnie tak, a nie inaczej, bo faktycznie na pierwszy rzut oka zalecenie, żeby „robić, to co się chce” może dziwnie wyglądać.
Otóż jesteśmy tacy, jak nas ukształtowali rodzice, społeczeństwo, kultura. Jesteśmy spętani zakazami, nakazami, regułami, lękami. Boimy się robić to, co chcemy, bo po pierwsze nie wiemy, czego tak naprawdę chcemy (bo w imię przystosowania do życia wśród ludzi wyzbyliśmy się dostępu do siebie samych, do swoich pragnień), a po drugie mamy podskórne przekonanie, że jesteśmy źli (taki „przekaz” dostajemy od zarania naszego istnienia), więc gdybyśmy sobie pozwolili na to, co chcemy, to wyszłaby z tego katastrofa.
Nieliczne (albo nawet i liczne :p) „wyskoki”, czyli pozwolenie sobie na to, na co mamy ochotę utwierdzają nas w tym, bo okazuje się, że to, co robimy nie wychodzi za dobrze i tylko budzi w nas niesmak i wstyd (przykład: nałogowiec pozwala sobie na to, czego chce – a chce np. pic wódę).
Dlaczego tak jest? Bo robiąc to, nie jesteśmy sobą (jesteśmy spętani negatywnymi emocjami i to one nie pozwalają nam postępować zgodnie z sobą prawdziwym). Jesteśmy tworem społeczeństwa. A ono uważa nas za złych, czy głupich z natury. A ponieważ my też mamy takie zdanie o sobie (nieświadomie, a niektórzy nawet świadomie, przejęliśmy taki obraz siebie), to postępujemy w zgodzie z tym, co o sobie myślimy i robimy głupstwa (a gwarancją tego są obecne w nas emocje, które zniekształcają obraz rzeczywistości). Do tego dochodzą różne inne mechanizmy wyrosłe na tej samej bazie, czyli na lęku przed sobą, jako kimś z gruntu złym i braku zaufania do siebie.
Czy ktoś ma wątpliwości, co do tego, że w naszej kulturze uważa się człowieka za złego, czy głupiego z natury? Jeśli tak, to żeby je rozwiać wystarczy przyjrzeć się wychowaniu dzieci w naszym społeczeństwie. Robi się wszystko, żeby je przystosować, wychować, wykorzenić z nich egoizm (często biciem, karami i zawstydzaniem), ukształtować na swoje podobieństwo (wychowanie zawiera ukryty, a często jawny przekaz: „masz być taki, jak ja – porządny człowiek – a nie taki, jakim jesteś”), nauczyć wyznawać wartości cenione w danej kulturze, ukształtować sumienie, itd. A to wszystko oparte na lęku i braku zaufania do siebie, innych i do Boga.
Gdyby uważano dziecko (człowieka) za dobrego i mądrego z natury, to nie robiono by wszystkiego, żeby złamać mu kręgosłup już na początku jego istnienia, tylko dbano by o to, żeby rozwijało się bez żadnych nacisków ze strony dorosłych, żeby mogło uzewnętrznić, rozwinąć cechy, które już ma w sobie. Tak jak dba się o kwiat: wystarczy stworzyć mu dobre warunki, nie naciskać na niego, nie deptać, żeby z małego ziarenka rozwinął się piękny okaz

Niczego nie trzeba mu pokazywać, czy wpajać w niego, bo wszystko co potrzebne ma już w sobie. Wystarczy mu ochrona przed wiatrem i kropla wody od czasu do czasu. A najważniejsze dla niego, to mu nie przeszkadzać w stawianiu się takim, jaki jest. Tak samo jest z dzieckiem.
Niestety, nam nie było to nigdy dane (nam - czyli ogromnej większości ludzi na Ziemi). To dlatego mamy spaczony obraz siebie i zgodnie z tym obrazem postępujemy. To dlatego boimy się, że gdy pozwólmy sobie na zbyt dużo, to stanie się coś strasznego. To dlatego sami się kontrolujemy nawet wtedy, gdy zewnętrzna kontrola w postaci rodziców, czy partnera znika. Ze strachu.
I tak można przeżyć całe życie, nawet „rozwijając się duchowo”. Można przeżyć życie (i to nie jedno) nie nawiązując głębszego kontaktu ze sobą samym. Bo trudno nawiązać taki kontakt w sytuacji, gdy ktoś się siebie boi.
Dlatego trzeba w praktyce przekonać się, jakim się jest. Czy faktycznie będzie katastrofa, gdy pozwolę sobie być sobą? A może jednak nie? A nawet gdyby była, to co? A może lepiej jest być sobą i spowodować katastrofę, niż żyć na pół gwizdka, nie swoim życiem, represjonując siebie?
W tym celu (w celu przekonania się) dobrze jest odrzucić wszystkie nakazy oraz zakazy i pozwalać sobie na to, na co ma się ochotę (bez oceniania – to jest dobre, tamto złe). Bez wstydu, bez poczucia winy itd. Może na początku palnie się jakieś głupstwo, albo dwa (na początku i tak przyzwyczajenie do samokontroli nie pozwoli na większe głupstwa, więc bez obawy), ale w miarę praktyki, gdy kontakt ze sobą (z intuicją) będzie coraz głębszy, będzie coraz mniej miejsca na głupstwa. Bo kiedy postępujemy w zgodzie ze swoją prawdziwą naturą (a gdy emocje nie zaciemniają nam jej obrazu jest to możliwe), wtedy wszystko, co robimy jest właściwe, bo zgodne z nami, zgodne z naturalnym porządkiem rzeczy

Kluczem do sukcesu jest więc brak emocji, które powodują nieprzytomność. A nieprzytomność powadzi do wypaczeń. Nie oceniaj – „to jest dobre, a tamto złe, tak ma być, a tak nie”, a wtedy nie będziesz miał emocji („o matko, postąpiłem źle, niezgodnie z kodeksem, pójdę za to do piekła!” – i już lęk gotowy! I poczucie winy. I wstyd. I tak dalej
[To pewne uproszczenie z tymi emocjami i oceną, bo to troszkę bardziej skomplikowane, ale to prawda – ocena jest przyczyną wielu kłopotów.]
Poza tym pozwalając sobie na to, na co mamy ochotę trzeba się zastanowić, czy to faktycznie ja mam na to ochotę, czy tylko wypełniam samospełniającą się przepowiednię („H. to córka alkoholika i na pewno skończy tak jak ojciec!”), czyli postępuję tak, jak chcieliby inni, albo czy zaspokajam swoje pragnienie aprobaty i realizuję nakaz, który wpoiła mi moja matka (np. mam ochotę posiedzieć w domu, ale pędzę na imprezę, bo przecież „trzeba utrzymywać kontakt z ludźmi”)
Bo większość naszych zachciewajek to nie nasze prawdziwe pragnienia, czy potrzeby, tylko konsekwencja „atakujących” nas przymusów. Zauważ istnienie tych przymusów i nie zasilaj ich (nie poddawaj się im), a będą one stopniowo zanikać. I wtedy coraz częściej Twoje pragnienia będą odzwierciedleniem Twoich prawdziwych potrzeb.