Wiem, że to co napisze może być odebrane jako świeżynkowy bullshit, ale coż, tak czuję i może kogoś to zmotywuje do pracy, bo mnie to bardzo pomaga a byłam oporna do zabrania się za siebie;) Moją motywacją do rozwoju jest szczęście jakie czerpię z teraźniejszości. Dużo szczęścia i cudowne rzeczy, które spotykają mnie w życiu. Czerpię tą motywację i szczęście m.in. ze związku tak jak napisała Kinga, czy z codziennych przyjemności i doceniania tego co mam. Kiedy człowiek jest szczęśliwy, to aż chce się żyć a co za tym idzie rozwijać. Źródło motywacji do rozwoju powinno wynikać ze szczęścia, ze szczerych dobrych chęci dawania sobie wszystkiego co najlepsze. Dlatego już nawet nie myślę, że praca nad sobą mnie tylko pogrąży, że znowu się będę dołować, bo tyle mam jeszcze do przerobienia i że będzie to dla mnie ciężkie. Czuję się szczęśliwa nie tylko dlatego, że dążę do tego żeby być nieprzerwanie szczęśliwą, ale również dlatego, że samo zajmowanie się rozwojem jest dla mnie wielką radością:) Sporo osób ma tak, że kiedy ma doła i cierpi chwyta się każdej deski ratunku i wtedy postanawia popracować nad sobą, żeby lepiej się poczuć, osiągnąć coś więcej. Ja miałam inaczej, kiedy czułam się źle bardzo mnie od rozwoju odpychało.
Trochę fajnych rzeczy mam już urzeczywistnionych z poprzednich wcieleń, dużo w tym życiu z tego pamiętałam, nie wiedząc bezpośrednio nic o metodach rozwojowych. To jednak było za mało, żeby czuć się zawsze dobrze. Analizowanie swoich problemów, uzdrawianie traum z dzieciństwa, przyglądanie się swoim emocjom, zastanawianie się z czego wynikają, doszukiwanie się sedna i pozytywne myślenie (w miarę możliwości) nie były wystarczające, zbyt wiele pogmatwania było w moich działaniach i co najważniejsze miałam ograniczoną możliwość dotarcia do sedna problemów. Wiele z nich też zamiatałam pod dywan, wmawiając sobie, że problemu przecież nie ma, albo czasem nawet nie wiedząc że jakieś problemy w ogóle są, bo nie potrafiłam ich dostrzec. Kiedy poznałam swojego partnera, wszystko czego dowiedziałam się od niego o rozwoju było dla mnie bardzo znajome, bliskie. Wiedziałam że naturalnie zacznę się tym zajmować, ale jakoś nie mogłam się za siebie wziąć, miałam wiele problemów, cierpiałam, ale wizja szczęśliwego życia pozbawionego cierpienia nie była dla mnie wielką motywacją. Upierałam się wtedy, że ja sobie poradzę sama, że wiem lepiej. Okazało się, że blokowałam się przed rozwojem głównie przez jedną bardzo silną relację karmiczną (kiedy odpalił się temat tego mężczyzny zaczęłam aż ślepnąć i dziwnie się zachowywać mając nieuzasadnionego, nie zrozumiałego dla mnie hejta do rozwoju). Żadna siła nie zmusiła mnie do pracy nad sobą kiedy czułam się źle, nie miałam żadnej motywacji, nawet szczera wiara w to, że jeśli popracuję to będzie lepiej nie pomagała. Czegoś mi brakowało.
W pewnym momencie poczułam, że ja chyba cierpiąc i próbując uzdrawiać swoje problemy skupiałam się za bardzo na tym, że one są i że jeszcze wiele pracy przede mną, abym mogła czuć się szczęśliwa. Jednak po co sobie wmawiać jakieś nieszczęście, skoro już teraz w tym momencie mogę czuć się szczęśliwa. Wiadomo, to nie jest pełnia szczęścia dla mojego istnienia, ale mogę poczuć pełnię szczęścia na dany moment życia (tu i teraz) i cieszyć się z tego jakie jest, z tego na ile jestem otwarta. Dalej męczą mnie jakieś problemy, ale przynajmniej ciągle mam poczucie, że korzystam z maksimum na dany moment i z miłości do siebie chcę to maksimum powiększać.
Po jednej bardzo przełomowej sesji w której doszłam do źródła mojego hejta do rozwoju, przypomniało mi się jak kiedyś zajmowałam się rozwojem, jak oczyszczałam w sobie masę durnych rzeczy i jakie czerpałam z tego szczęście i satysfakcję, jak kochałam medytować, czuć jedność z Bogiem, jak dążyłam do bezinteresownej Miłości. Czerpałam z tego ogromne ilości szczęścia i choć wiedziałam, że jeszcze długa droga przede mną, byłam naprawdę bardzo szczęśliwa. Uczucie nie do opisania, w tym życiu chyba nigdy nie czułam się AŻ TAK szczęśliwa. Te wspomnienia były tak piękne, że bardzo mnie zmotywowały do tego, aby do nich wrócić .
Najwiekszego powera do rozwoju mam właśnie wtedy, kiedy jestem szczęśliwa, rozpromieniona, pełna pozytywnego nastawienia, a słyszałam, że jak człowiek czuje się szczęśliwy to już mu się nie chce, bo po co tracić czas na medytacje, po co afirmować, skoro już jest tak fajnie, po co sobie zburzać ten spokój i taplać się w kolejnych wywałkach. A przecież sama praca nad sobą jest niesamowitą przygodą z cudownym celem na szczycie. Z każdą praktyką, z każdym uzdrowionym problemem zbliżamy się do Boga i czujemy się coraz lepiej. Myślę, że warto trochę się „potaplać” w brudach od czasu do czasu niż udawać że „to mi wystarczy”.