Moja pś od jakiegoś czasu trochę mnie zaskakiwała ... niewiarą w Boga

domagała się realnych, żywych dowodów jego istnienia, jak gorejącego krzewu, podniesienia samochodu na ulicy przez niewidzialną siłę lub czegokolwiek co wskazywałoby, że Bóg ma moc, a nie że sobie jest, a w materii go nie widać. Z drugiej strony miałam jeszcze sporo lęków przed wpuszczaniem Boga do siebie i pozwalaniem by działał w moim życiu, to jeszcze z tej starej indywidualizacji - im więcej Boga, tym mniej mnie, więc strach, że mnie po prostu nie będzie jak pozwolę jemu być.
Dziś w sumie na węzłach chyba sporo mi popuszczało, ale potem zaczęłam się zastanawiać kim tak naprawdę jest ten Bóg i o co w tym wszystkim chodzi. Czułam się i czuję dość fajnie od dłuższego czasu i w sumie na teraz doszłam do wniosku, że on to min. właśnie to dobre samopoczucie, jasność w środku, lekkość, przestrzeń, miękkość. Wszystkie te jakości należą nam się ot tak, bo tak zostaliśmy zaprojektowani, a wszelkie emocje, wzorce są poza naszym naturalnym przeznaczeniem. Więc też odczuwanie, a raczej życie nimi pokazuje, że jesteśmy tak naprawdę skierowani przeciw sobie, przeciw Bogu, przeciw naszej prawdziwej naturze. Stąd też cierpienie.
Myślę, że będę teraz coraz bardziej poznawać Boga i jego moc, co jeszcze poniekąd w materii wydaje mi się niemożliwe, ale może się zlituje i podpali tak znikąd jakieś drzewo dla mnie