hydrozagadka
mam takie luźne uwagi na zasadzie mózgów i na podstawie swoich doświadczeń i obserwacji podobnej sytuacji w dalszej rodzinie, tylko z pokolenia wyżej i identyczny układ: decyzyjna mamusia, neutralny tatuś, którego jakby nie było, dwóch starszych synów i córka. Owa mamusia, to siostra mojej babci, czyli taka jakby moja ciocia (dziś już nie żyje) i to była dość apodyktyczna, zasadnicza osoba, jakby z tej samej gliny, co Twoja mama, tylko o niebo skrajniej. Po synach to spływało, a córka bardzo się przejmowała. Nie wiem jak to było w szczegółach na temat podziału domowych obowiązków i wynikających z tego prób kodowania dzieciom poglądów na siebie samych, swoją wartość i znaczenie danej płci, ale ewidentnie wytworzyła się między matką, a córką silna więź emocjonalna w niefajnym znaczeniu. Po latach rządzenia córką, ta już jako dorosła, zaczęła odreagowywać wcześniejsze zastraszenie i reagować alergicznie na matkę, wybuchała na nią często wielką, niekontrolowaną (i głośną) złością. Pracowały na ten stan obie i wiele lat. Denerwowała się na matkę o rzeczy, czy czyny, które gdyby były popełnione przez kogoś innego, nawet nie zostałyby zauważone.
Ja też tak miałam od zawsze ze swoją mamą. Z tatą jako dziecko i nastolatka miała bardzo dobre układy, aż w dorosłym życiu ku mojemu wielkiemu zdziwieniu zaczął mnie tak samo wnerwiać, a czasem jeszcze bardziej, potrafił i jeszcze potrafi doprowadzić mnie do absolutnego szału drobiazgami. Bo ja żadnego w moim mniemaniu niesprawiedliwego słowa nie mogę im przepuścić, moje musi być na wierzchu, muszę mieć ostatnie słowo, inaczej bym się chyba udusiła! To jak natręctwo nerwicowe - zamiast olać i robić swoje, to ja wszystko muszę skomentować, pieklę się i... robię swoje. Uważam, że statystycznie dolega to częściej kobietom. Jakby bardziej dotyka je każde słowo. Oplata się je od dziecka w sieć zależności, bo są łatwiejszym celem.
Wracając do przykładu: tamci synowie szybko założyli rodziny, wyprowadzili się, córka nigdy nikogo nie znalazła, długo mieszkała z matką, mimo że dobrze zarabiała, to dopiero w bardzo późnym wieku zdecydowała się na wynajęcie mieszkania na drugim końcu miasta. W niczym to nie pomogło, uzależnienie emocjonalne trwało aż do śmierci matki. Może wyprowadziła się za późno.
I z doświadczenia wiem, że tacy rodzice zawsze znajdą coś czym będą dręczyć i z czym będą nad człowiekiem wisieć. Zaczyna się od codziennego: "znowu nie pozbierane zabawki", potem "odrobiłaś lekcje?", "nauka jest najważniejsza, potem reszta", "musisz znaleźć pracę", "musisz znaleźć lepszą pracę", "kiedy znajdziesz sobie kogoś, we dwoje jest łatwiej", "kiedy znajdziesz sobie kogoś lepszego od tego typa?", "powinniście mieć większe mieszkanie", "a Krzysia dzieci są taaaakie fajne i kolejne w drodze..." Oczywiście nie wszystko naraz, po kolei. Jasne, że nie dotyczy to wszystkich rodziców, ale jeżeli już dotyczy, to nie ma co liczyć, że kiedyś będzie luz z ich strony. Tu jedynie można przepracować we własnym zakresie niezależność od ich opinii.
Dlatego w kwestii sprzedaży mieszkania, spróbowałabym to rozważyć to (o ile się da) tylko na sucho, jaka opcja jest sensowniejsza tylko i wyłącznie finansowo. To tak się tylko wydaje, że coś by się ucięło, ale potem okazuje, że worek z hakami na dziecko nie ma dna. Bo rodzice często skupiają się na jednym haku naraz i wydaje się więc, że z innymi kwestiami jest luz, że wystarczy pozbyć się tego jednego palącego problemu, który tak ich zajmuje i już będzie dobrze, ale potem okazuje, że zrobiło się jedynie w ten sposób miejsce na rozwijanie dogłębnie kolejnego tematu;)
Niemniej jednak zawsze lepiej nie mieć długów (gdziekolwiek) niż mieć. Długi wysysają energię.