W dawaniu rad też nie ma nic złego, ale pod warunkiem że ta druga strona rzeczywiście jest na nie otwarta (czyli przede wszystkim ich chce).
Ja bym generalnie nie uogólniał kwestii pomagania, bo to zależy zarówno od samej osoby jak i danej sytuacji, która występuje. Czasami wystarczy rzeczywiście dać tylko emocjonalne wsparcie i zaufać, że druga strona w związku sobie z poradzi z tym z czym ma do poradzenia sobie. No, ale bywają też sytuacje, gdzie ta osoba nie wie co robić i potrzebuje jakiejś rady czy nawet czegoś więcej, ale to jest naturalne - jesteśmy ludźmi i nie zawsze sobie radzimy ze wszystkim sami.
Inga jednak zwróciła uwagę na ważną rzecz, czyli to, żeby nie dawać drugiej stronie tego czego nie potrzebuje - bo stawianie kogoś w roli tego głupszego i pomaganie mu na zasadzie "bo sam sobie nie poradzi" nie jest niczym dobrym. Sam się na własnej skórze nauczyłem, że próba brania na siebie więcej niż to komukolwiek potrzebne - sprawiało, że czułem się gorzej i ja i partnerka.
Bardzo ważną rzeczą, której się nauczyłem będąc w związku i rozwiązując różne problemy - jest to, aby dawać totalną wolność i przestrzeń. Ja mogę widzieć jakiś problem, jego rozwiązanie i mówić o tym partnerce, ale jeśli próbuje wymusić na niej zrozumienie tego na siłę tłumacząc, doradzając, wciskając swój punkt widzenia - spowoduje przede wszystkim bezsensowny bunt. A rozmawiając na luzie, doradzając bez przymusów i wspierając bez żadnych konkretnych oczekiwań - nagle się dane problemy bardzo szybko same rozwiązywały.
Dawanie przestrzeni w związku jest bardzo ważne. I wbrew pozorom sprawia, że ta druga osoba szybciej się ogarnia ze sobą, niż jakby to na niej wymuszać. No to też wymaga tego, żeby obie osoby w związku rzeczywiście dążyły do bycia szczęśliwymi razem i wzajemnego zaufania w tej kwestii. No, ale jak ktoś nie chce się zmienić i czegoś uzdrowić, to wymuszaniem się tego też nie osiągnie.
Ja miałem ogólnie małe problemy z początku z dawaniem tej przestrzeni, bo miałem pewne wyobrażenia głupie do których próbowałem dostosować swój związek i swoją partnerkę. A bałem się, że jak nie będą spełnione takie czy owakie warunki, to będzie się działo coś niedobrego. No i się okazywało, że w momencie gdy odpuszczałem i pozwalałem partnerce być taką, jaką chce być - wszystko się układało i rozwiązywało w najidealniejszy sposób. Miałem z domu po ojcu dużo takich niefajnych zachowań wyniesionych i próbowałem kontrolować, presjonować, itd. I to nie miało znaczenia, że robiłem to w dobrej wierze i z myślą o korzystnych rozwiązaniach na które i tak wychodziło - bo nie liczy się osiągniecie celu za wszelką cenę, ale to żeby droga do niego była również dobra - czyli żeby zawierała szacunek dla drugiej osoby, przestrzeń dla niej i totalną akceptację dla jej wyborów, decyzji, tempa zmian, itd.
Od kiedy dotarło do mnie w pełni, czyli również na podświadomym poziomie, że moja partnerka jest cudowną, mądrą i zaradną kobietą - pozwalam jej wszystkim zajmować się tak, jak ona chce. Nie próbuje jej zmieniać, bo kocham ją taką, jaką jest. Niczego na niej wymuszam, bo nie jest moją własnością, żeby tak robić. A że się kochamy i szanujemy, to się dogadujemy tam gdzie trzeba się dogadać, bo żadne z nas sobie nie wyobraża, żeby robić tylko swoje i w tyłku mieć potrzeby drugiej osoby. I to świetnie funkcjonuje, dużo, duuuuuużo lepiej niż na początku z tym całymi presjami i oczekiwaniami.
We wcześniejszej części posta specjalnie nie używam odniesień do konkretnej płci, bo nie rozumiem czym niby miałaby się różnić psychika czy funkcjonowanie kobiety i mężczyzny - przecież to tylko stereotypy. No są często pewne różnice uwarunkowane kulturowo, ale tez przesady, to bardzo różnie bywa. ja np. nie widzę zbyt dużych różnic między sobą, a partnerką w tym jak widzimy pewne sprawy, odbieramy je i czego potrzebujemy przy problemach różnych.