Odkryłam głowną przyczynę mojej drogi do samozniszczenia a jest nią niezaspokojona potrzeba miłości.
Największą i najwspanialszą miłością jakiej kiedykolwiek na przestrzeni wcieleń doświadczyłam była miłość do Jezusa.
W tym okresie gdy on przychodził do mojej wioski aby nauczać, byłam młodą dziewczyną. Poczułam do niego miłość niezwykłą, z takimi uczuciami wzniosłymi, czystymi, duchowymi, niewyobrażalnie przyjemnymi. Moje życie polegało na czekaniu na niego po to aby go zobaczyć i poczuć to cos tak niezwykłego. Nigdy nie było wiadomo kiedy przyjdzie, więc moje życie polegało na nieustającym czekaniu i szczęściu doznawanym na jego widok. Pamiętam niezwykłe i boskie uczucia jakie miałam w czasie gdy mnie błogosławił.
Potem przyszła wiadomość że umarł na krzyżu. Moje życie skończyło się razem z jego życiem. Odtąd żyłam wyobrażeniem że razem z nim umieram na krzyżu i tylko ten obraz miałam przed oczami- 0n wiszący na krzyżu a ja obejmująca go i umierająca razem z nim.
Moja miłośc do niego była skryta, więc nie mogłam ujawnić i przeżyć żalu po jego śmierci i wszystkie te straszne uczucia dusiłam w sobie. Pozostało we mnie niezwykle silne marzenie aby go jeszcze zobaczyć, tym razem już tylko jako ducha.
Aby go zobaczyć musiałam dostać się do nieba bo wiedziałam że on odszedł do swojego ojca o którym tyle mówił. A do nieba najłatwiej się dostać jako święta. Miłośc do niego nadal była we mnie a w zakonach tylko się odnawiała i nadal ją czułam. W tym wcieleniu nadal ją czułam i nadal miałam to marzenie zobaczenia go.
W zakonach robiłam to samo co w tamtym wcieleniu- cała moja uwaga była skierowana na Jezusa wiszącego na krzyżu, ciągle rozpamiętywałam jego cierpienia i marzyłam aby tak jak on umrzeć w cierpieniach, pójść do nieba i go tam zobaczyć. Tak bardzo go chciałam zobaczyć że koniecznie chciałam wchodzić o odmienne stany śwaidomośći, mieć doznania mistyczne. W tym celu nawet zapadałam na choroby psychiczne. Wierząc że Jezus uzdrawia zapadałam na choroby, paraliże aby Jezus przyszedł do mnie i mnie uzdrowił tak jak paralityka.
Taki sobie obrałam cel w życiu-, umrzeć w cierpieniach po to aby się dostać do nieba i zobaczyć Jezusa. I patrząc w przód widzę przed sobą Jezusa na krzyzu. W moim polu widzenia nie ma niczego innego, a w mojej świadomości nie ma niczego innego poza cierpieniem.
A nie mogąc umrzeć na krzyżu tak jak Jezus, najczęściej wybierałam najgorszy rodzaj śmierci przez uduszenie czyli gruźlicę. W ostatnim wcieleniu również byłam zakonnicą i również umarłam na gruźlicę.
W tym wcieleniu historia miłości się powtórzyła.
Mając 18 lat zakochałam się w chłopaku z drugiej wsi, którego spotykałam sporadycznie, przypadkiem i który mi przypominał Jezusa, bo tak samo był niewysoki, miał niebieskie oczy, był bardzo popularny i miał ogromne powodzenie wśród dziewczyn.
To uczucie które miałam było tak niezwykłe, wzniosłe, duchowe, boskie. Czułam szczęście nieziemskie, takie wzniosłe i delikatne. Uczucie czysto duchowe, zupełnie pozbawione seksualności.
Po jakimś czasie dowiedziałam że chłopak umarł smiercią przez uduszenie, bo się utopił. Na krzyżu tez umiera się przez uduszenie.
Moim sensem życia była ta miłośc. Wiedziałam że już nikogo takiego nie spotkam, bo ten chłopak był kims doskonałym, ideałem, tak jak Jezus. Ja żyłam tylko dla niego.
Oczywiście o mojej miłości nie wiedział nikt a cały żal po jego śmierci został wepchnięty do środka, bo na zewnątrz musiałam udawać żę nic się nie stało. Tym razem też chciałam umrzeć i nawet zaplanowałam samobójstwo. Ze strachu zrezygnowałam. Już potem nigdy nie byłam tak wrażliwa jak wtedy i nigdy już nie poczułam tamtych uczuć.
Po terapii rysuję swoje wizje z sesji oddechowej.
Zaczęłam rysować Jezusa na krzyżu i mnie uwieszoną na nim. Aby obraz był prawdziwy i wywoływał u mnie rzeczywiste uczucia krzyż musiał być w kształcie litery T. Kształt krzyża wywoływał by tylko jakies wyobrażenia na temat Jezusa.
Dopiero na ostatniej terapii wyrzucałam z siebie żal po jego śmierci i uświadamiałam sobie ogromne zafiksowanie na jego punkcie, które mnie doprowadziło do drogi do nikąd, do samozniszczenia.
Już wiem skąd się u mnie wzięło to dążenie do świętości, bo od dawna się nad tym zastanawiałam. Moja kolejna tajemnica została odkryta.