Skorzystam z tej afki co mi Witek proponujesz. Przypominam sobie też bezsilność, w podstawówce byłem gnębiony, bezbronny, ktoś się na mnie kładł i robił mi malinkę na czole, nikt mi nie pomógł, wszyscy się śmiali. Innym razem ktoś sie na mnie kładł i zmuszał mnie do palenia papierosów, w 6 klasie. Żyłem w atmosferze przemocy i strachu. Bałem się przychodzić do szkoły. Dalej się boję ludzi i trudno mi oczekiwać czegokolwiek dobrego. Dużo było intryg po to żeby mnie ośmieszyć. Nie pomaga mi czytanie o syndromie ofiary i afirmowanie miłości i szacunku do siebie. Inni są więksi, silniejsi, bardziej krzyczący i agresywniejsi. Po jakimś czasie zacząłem działać w myśl "muszę być agresywniejszy od tych agresywnych, wtedy z nimi wygram. To spowodowało że ludzie sie mnie boją. A ja wciąż czuję się wątłym, przestraszonym dzieckiem. Może dlatego wtedy bardzo sie spasłem i do teraz mam tendencje do obżerania się i trzymania lekkiej nadwagi.
Czytałem ten artykuł kilka lat temu. Teraz odbieram go całkiem inaczej. Jest coś z czym mógłbym się utożsamić:
Człowiek kierujący się syndromem ofiary, czuje się w tym świecie osaczony i bezradny. Wydaje mu się, że świat jest pełen wrogów, przemocy, cierpienia i że jedynym sposobem, by wyzwolić się z tego cierpienia, jest śmierć! Ofiara nieustannie dostrzega i przyciąga takie sytuacje, które zniechęcają ją do życia i działania w świecie przejawionym!
No właśnie, zapomniałem dodać wcześniej, że ludzie – ofiary czują się samotne, opuszczone przez Boga, co objawia się także opuszczeniem przez ludzi, poczuciem przejmującej samotności, że nic, tylko się powiesić... lub zaćpać.
Taki człowiek musi się nauczyć żyć na nowo, przede wszystkim musi nauczyć się żyć z ludźmi, z Bogiem i z sobą.
Ten drugi fragment jest trafny w 110%.
Przyszedł czas na rzetelne podejście do afirmacji umieszczonych w tym artykule