Leszku,
mam pytanie. Od długiego już czasu im bardziej się rozwijam, tym bardziej zanika we mnie potrzeba kontaktu z ludźmi. Mam na myśli tych nierozwijających się. Oni jakby dla mnie nie istnieli.
Nie mam praktycznie żadnych znajomych poza grupą duchowiaków. Na ludziach nierozwojowych się zawiodłam, bardzo mnie krzywdzili, nigdy nie byłam w stanie się dopasować. Przeżywałam ciężką depresję z powodu niezrozumienia, prześladowania mnie. Latami nad sobą pracuję, a teraz po prostu pozostała do nich niechęć. Przeżyłam swoje traumy, uzdrawialam - dokonałam cudu ze sobą w wielu kwestiach. Czuję, jednak że nie mogą mi nic zaoferować. W każdym razie nie w tematach, które kocham. To nie taka kwestia, że się boję. Mogę z nimi rozmawiać, kończyłam studia i nie było z tym żadnego problemu.
Ja nie mogę znaleźć w sobie jakiegokolwiek pragnienia kontaktu. Na myśl, że mam iść kogoś poznać, obracać się wśród ludzi jest źle. Nie lubię tego. Najchętniej bym się zamknęła w swojej "sekcie" i nawijała o rozwoju, medytacjach.
Nie intereują mnie wyjścia ze znajomymi studentami, spotkania, po prostu nic. Większość czasu siedzę w domu z facetem. Na myśl o kontaktcie z kimś kto mnie rozumie, lub ma te zainteresowania o które mi chodzi, dostaje skrzydeł i od razu się zmieniam. Gdy już muszę się pojawić na uczelni czy gdziekolwiek indziej to rozmawiam powierzchownie, pitu pitu, nie wiadomo o czym, szybko się męczę, po 2 h wśród ludzi wysiadam. To już nawet nie chodzi o karmę mnicha, tylko moją potrzebę samotności. Nie wiem co ze mną jest. Nie lubię mówić o sobie. Nie lubię mówić czym się zajmuję i o co mi chodzi. Nie lubię nikomu nic tłumaczyć. Lubię występować w roli doradcy, otwieram się przed wybranymi osobami. Chyba Zbyt szanuję moje przeżycia i moją wiedzę.
Przecież nie chodzi o to, abym się zmusiła do innych?
Dziękuję.