Indra - tak, nad akceptacją cudzych sposobów przejawiania się pracuję.
Nie sądzę jednak, by irytacja takimi zachowaniami wynikała akurat z wyparcia czy odrzucenia jakiejś części mnie - to nie zawsze jest takie proste - takie zachowanie jest dla mnie całkiem obce, jeśli chodzi o mnie samą, nigdy w ten sposób nie działałam. Bardziej prawdopodobne, ze może chodzić o to, ze jeszcze jak przejawiałam silne wzorce ofiary, to tego typu osoby próbowały wmawiać mi, że mam się ich słuchać, mam działać dla nich swoim kosztem, wypierając się wtedy siebie samej, swoich przekonań, swoich odczuć - i kiedy się buntowałam, że nie zrobię tego, co na mnie wymuszają, to wmawiały mi że jestem w takim razie głupsza, gorsza itp.
Na pewno warto, bym zaakceptowała te emocje, jakie wtedy czułam i potem puściła je do końca. Pracuję tez nad pełną akceptacją siebie z tamtego czasu. Czyli myślę, ze samo nakręcenie i wkurzenie raczej wynika z ówczesnego tłumienia w sobie emocji, których wtedy nie pokazywałam.
Czy coś jeszcze komuś się nasuwa, co warto zrobić?
Hydrozagadka,
to ja dodam coś od siebie

Przede wszystkim chcę zaznaczyć, że to, co napiszę nie wyklucza Twoich wniosków co do wzorca ofiary, czy wpisu Indry o wyciąganiu na wierzch stłumionych emocji, bo ja widzę tę kwestię tak samo jak Wy (i też w pierszej kolejności "stawiam na emocje"), atraktuję ją wielowymiarowo, tak więc uważam, że jedno z drugim (i trzecim, i czwartym ;p) ściśle się łączy.
No ale skupię się tylko na jednym aspekcie tej sprawy, nie umniejszając oczywiście innym jej aspektom, które są tak samo ważne (a nawet może ważniejsze pod tym względem, że warto się nimi zająć na początku).
Mianowicie moim zdaniem irytacja jakimiś zachowaniami zawsze wynika (ale nie tylko i wyłącznie) z wyparcia czy odrzucenia jakiejś części siebie.
Tylko, że to nie wygląda w ten sposób, że skoro coś mnie denerwuje, tzn. że ja sama muszę to w sobie mieć w tej samej postaci (na to już zwróciła uwagę Indra).
Ja to widzę w ten sposób, że można tutaj wyróżnić 4 rożne sytuacje (a może i więcej, ale ja na ten moment dostrzegam tylko te 4):
1) Kiedy to, co nas denerwuje faktycznie jest w nas w zbliżonych rozmiarach. Można to nazwać prostą zasadą lustra, kiedy lusterko dokładnie odbija to, co jest w nas.
Przykład: Żonaty, praktykujący katolik przespał się z kimś pod wpływem alkoholu. Wstydzi się tego, chce o tym zapomnieć, dlatego kolą go w oczy (irytują) zdrady małżeńskie innych (bo przypominają mu o tym, że jest grzeszny).
2) Kiedy to, co nas denerwuje jest w nas, ale na małą (dużo mniejszą niż to, co nas irytuje) skalę.
Przykład: Denerwuje nas to, że ktoś się wywyższa poprzez to, że narzuca nam swoje zdanie (to też jest wywyższanie, bo ten ktoś uznaje, że jego zdanie jest lepsze).
To może oznaczać, że my sami w jakichś sytuacjach się wywyższamy narzucając swoje zdanie innym.
A kto z nas tego nie robi? Praktycznie każdy, bo każdy czegoś lub kogoś nie akceptuje. A nie akceptowanie to nic innego niż rodzaj wywyższania się. Na zasadzie: ma być tak, a nie inaczej, a skoro jest inaczej, to ja tego nie akceptuję (czyli ja wiem lepiej, moje zdanie jest lepsze).
Można to robić w stosunku do innych, ale też w stosunku do samego siebie. Np. wtedy, gdy upieramy się przy jakimś pomyśle, nie zwracając uwagi na to, co Bóg ma dla nas. Wtedy nasze ego narzuca nam swoje zdanie. Nie akceptuje tego, co ma dla nas Bóg w nas.
3) Kiedy to, co nas irytuje nie występuje w nas, ale irytuje ze względu na naszą awersję do tego (a mam do tego niechęć, bo tylko podejrzewam, że to jest u mnie).
Przykład: Mam awersję do plotkowania, nie cierpię plotek, plotkarzy, odrzuca mnie to. Dlaczego? Bo nie akceptuję plotkary w sobie. Oceniam to jako złe i tak się tego boję, że nawet nie chcę sprawdzić, czy faktycznie to w sobie mam. Nie pozwalam sobie na to, więc jak sprawdzić czy to lubię, czy nie?
No i w ten sposób jestem podświadomie przekonana, że coś musi we mnie z tego być i dlatego tak bardzo denerwuje mnie to u innych.
Na to nie ma innej rady, niż przekonanie się czy faktycznie to mam, czyli pozwolenie sobie na to.
Zauważyłam, że z wieloma rzeczami tak jest: boimy się, ze coś mamy w sobie, boimy się tego ruszać, bo boimy się tego, że faktycznie to może w nas być. I co wtedy, gdy okaże się, ze jestem zła? Koniec świata

I to nas trzyma w nieświadomości naszej prawdziwej natury. To dlatego trzymamy się wyparcie, jak koła ratunkowego.
To dlatego warto zaakceptować siebie z wszelkimi ułomnościami, wadami, czy rzeczami, które oceniamy jako negatywne, tymi które są i tymi, co do których mamy tylko wyobrażenie że są. Jak się je zaakceptuje, to się okaże, że ich nie ma. A te które były też prędzej czy później sobie pójdą

4) Kiedy tego, co nas denerwuje nie ma już w nas, ale nie wybaczyliśmy sobie tego (czyli nadal tego nie akceptujemy, mamy do tego awersję).
Warto też pamiętać o tym, że to co nas denerwuje, nie musi przejawiać się u nas dokładnie tak, jak u tego kogoś, kto nas wkurza. To może pojawiać się w zupełnie innej postaci, dlatego czasem można tego nie skojarzyć.
Np. w niechęci do plotkarstwa może chodzić zupełnie o coś innego, niż samo obgadywanie kogoś.
Może mi się nie podobać to, że plotkarze bardziej zajmują się innymi, niż swoimi sprawami (swoimi problemami)
Tak jest np. z głupotą. Denerwuje mnie głupota u ludzi. Czy to znaczy, że sama jestem głupia? Nie. Trzeba zastanowić się, co dla mnie oznacza głupota. I wyjdzie szydło z worka

U kogoś innego może więc denerwować brak inteligencji, bo to przypomina mi o tym, że też głupio postępuję. Zamiast zajmować się sobą, zajmuję się innymi, co dla mnie jest głupotą nie do zaakceptowania (u siebie, a więc także u innych, tylko że w innej postaci).
Tak więć biorąc powyższe pod uwagę, można utworzyć jeszcze więcej grup

No ale nie chodzi o to, żeby to robić, a o to, żeby pokazać, że zasada lustra jest dużo bardziej skomplikowana i wielowymiarowa niż to wygląda na pierwszy rzyt oka

Podsumowując - jeśli czegoś nie akceptuję w sobie, to nie jestem w stanie zaakceptować tego u innych.
Dlatego najpierw warto zająć się sobą, a wtedy reszta, czyli akceptacja innych przyjdzie sama.
Heh, ale bardzo trudno dostrzec w sobie to, czego nie widać i o czym jesteśmy przekonani, że tego nie ma. Dlatego moim zdaniem nie warto zakładać, że czegoś nie ma.
Mnie pomaga coś takiego: dopuszczam możliwość istnienia czegoś, co mi się w sobie nie podoba, czego się boję, ale wcale nie muszę się tym zajmować, jeśli nie chcę. Nie muszę tego akceptować, ani przeciwnie: wstydzić się tego, czy z tym walczyć. Niczego nie muszę. Niech sobie jest.
Zauważyłam, że jeśli nie mam do tego negatywnego stosunku, nie mam konkretnych oczekiwań wobec siebie, to wtedy łatwiej dopuszczam prawdę o sobie (a na początek wszystko to, co nie jest prawdą o mnie

. A zauważenie czegoś, co nie jest mną jest pierwszym krokiem do zmiany

I co jeszcze jest ważne, moim zdaniem. Nauczyć się dostrzegać analogię, podobieństwo między faktami, rzeczami, zjawiskami. W tym bardzo pomaga syntetyczny umysł, prawa półkula (bo to ona łączy ze sobą pewne fakty). Dlatego warto dopuścić ją do głosu

A teraz na swoim przykładzie pokażę, jak bardzo umysł (czyli w zasadzie ja) potrafi być zaślepiony.
Ostatnio (tzn. już dość długo) pracuję nad akceptacją siebie i innych z wadami, niedoskonałościami, często o tym piszę (Marek mówi, że aż do znudzenia

, stosuję to wobec siebie i innych.
I wydawałoby się, że jest ok, bo bardzo staram się nie popędzać innych w ich rozwoju. Że powinnam zaakceptować ich tempo przerabiania pewnych wzorców, bo przecież doskonale wiem, że każdy ma różne w odniesieniu do różnych wzorców. Jednemu idzie szybciej jedno, a w czym innym może być sto lat za murzynami

i na odwrót.
Bardzo nie lubię, gdy ktoś wywiera na mnie presje, że powinnam coś zrobić szybciej (bo tak jak jest, nie jest ok). I dlatego też staram się nikogo nie popędzać, akceptuję tempo innych. Tzn. tak mi się ZDAWAŁO do wczoraj, hehe.
Zaczęłam to drążyć (a inspiracją były wpisy w tym wątku osób, które też popędzały innych. Przy okazji: Dziękuję Wam za Waszą szczerość :*). Mianowicie założyłam, że skoro mnie to denerwuje, tzn. że ja też to robię w odniesieniu do innych.
Zaczęłam pytać: Gdzie ja to robię, w jakim obszarze swojego życia? No i przyszło olśnienie. Robiłam to nawet na forum, wobec (co najmniej) jednej osoby, do której nawet rzadko pisałam, bo czułam, że mnie nie lubi (więc nie chciałam się narzucać ze swoimi radami). Teraz nie dziwię się dlaczego tak właśnie było/jest. To ja nie akceptowałam jej tempa zmagania się ze wzorcami, z którymi ja poradziłam sobie szybciej (i od niej podświadomie wymagałam tego samego).
i jeszcze się dziwiłam, skąd taka niechęć? A ona była zupełnie uzasadniona

Przepraszam wszystkich, u których nie akceptowałam czegoś, co oceniałam negatywnie. Przepraszam również siebie, bo sobie robiłam to samo.
Nie twierdzę, że od tej pory będę wszystko akceptować (bo to niemożliwe), ale będę starała się być bardziej uważna
