Ostatnio jakoś tak przy okazji powiedziałem rodzicom o swoich planach związanych z szukaniem stałej pracy po wakacjach i w miarę możliwości finansowych - wynajęciu sobie jakiegoś pokoiku w Poznaniu. Stwierdziłem, że lepiej ich przygotować psychicznie, żeby się z tym oswoili i nie żeby ich szok nie zabił.
Ojciec w miarę spoko zareagował, coś tylko mi tam gadał o tym jak ciężko będzie mi się przestawić z tych luksusów, które mi tu zapewnia na takie studenckie minimum. Chyba nie docenia mojej po ascetycznej zdolności do adaptacji do kiepskich warunków mieszkaniowych. Zresztą byle gdzie też nie zamierzam mieszkać, bo widzę chociaż po moich znajomych że za tą samą kasę można wynajmować zarówno zwykłą melinę jak i całkiem ładny pokoik w zadbanym i wyremontowanym mieszkaniu. Wystarczy po prostu dobrze trafić, a ja nie mam noża na gardle, więc będę mógł szukać czegoś na spokojnie.
Matka zaś, jak to matka udaje że niby spoko, ale wali jakimiś tekstami, które mają mnie zniechęcić. "Weź już nie kombinuj, najpierw skończ studia, a potem będziesz myślał...". Próbowała mnie już mnie straszyć tym, że ciężko o pracę, że tyle kasy się wydaje na utrzymanie, kiepskimi warunkami, strasznie męczącą koniecznością gotowania, prania i reszty obowiązków i czymś tam jeszcze, ale jakoś mnie jej argumenty nie przekonują.
Przyznam że jeszcze jakieś kilka miesięcy temu nadchodząca wizja usamodzielnienia się przerażała mnie, że marzyłem jedynie o tym, aby móc ją odsunąć jak najdalej w czasie, byleby tylko mieć jak najwięcej czasu na uzdrawianie swoich ograniczeń i przygotowanie się do tego strasznego procesu. Miałem straszną potrzebę zaplanowania wszystkiego, tak aby mieć wszystko pod kontrolą, co miało mi dawać poczucie bezpieczeństwa i gwarancje, że nic się nie rypnie.
A teraz jest jakoś tak dużo spokojniej. Skłamałbym gdybym powiedział, że czuje się całkowicie bezpiecznie i pewnie, ale poziom tych lęków spadł na tyle wyraźnie, że już mnie nie paraliżuje. Nie zamierzam się spieszyć czy presjonować, chce sobie na spokojnie, w swoim tempie zająć znalezieniem pracy, a potem czegoś do wynajęcia. Cieszy mnie to, że obecna praca pokazała mi moją elastyczność i wszechstronność - tak jak większość osób znalazła sobie dość szybko ulubione zajęcia i się ich trzymała - tak ja imałem się praktycznie wszystkiego, chcąc się sprawdzić w każdym możliwym zadaniu. I teraz widzę, że naprawdę mogę robić wiele różnych rzeczy, więc nie powinienem mieć jakiś wielkich problemów ze znalezieniem pracy - szczególnie, że wczoraj czytałem iż wskaźnik bezrobocia w Poznaniu jest teraz najniższy w całej Polsce.
Mam też dodatkową motywację do usamodzielnienia się - widzę jak rodzice kombinują z własną działalnością, gdzie ojciec chce matce założyć własną firmę w której będzie strzygła psy po zaledwie 3 tygodniowym kursie. Co prawda jeszcze rozważają to, żeby się wpierw gdzieś zatrudniła i nabrała doświadczenia, co też zamierzam im wbić do łbów. Biorąc pod uwagę, że ojciec może w każdej chwili stracić robotę z powodu restrukturyzacji to w połączeniu z przynoszącym straty biznesem i ich niespłaconym kredytem na dom byłoby lekką katastrofą. Dlatego też dość egoistycznie, martwiąc się o własny tyłek chcę im przemówić do rozsądku póki tu mieszkam, a potem to niech sobie co chcą - mogą sobie nawet kupy na patyku sprzedawać.
Szczerze mówiąc nie wiem na ile to wynika ze zdrowego dystansu, a na ile ze znieczulicy z powodu żali do nich, ale generalnie mam całkowicie gdzieś co się z nimi stanie, dopóki mnie to nie dotyka. Kilka dni temu jak przyszedłem do domu z pracy, to ich nie było i przyjechali dopiero późnym wieczorem. I jak tak siedziałem w pustym domu to zaczęły przychodzić myśli w stylu "ciekawe czy żyją czy też np. zginęli w wypadku samochodowym". I szczerze mówiąc było mi to całkowicie obojętne - przez chwilę tylko chłodno kalkulowałem czy nie miałbym za dużo kłopotów ze sprzedażą niespłaconego domu i czy ubezpieczenie na wypadek ich śmierci (ta, mają takie) wystarczyłoby, aby pokryć bieżące wydatki przez jakiś czas, itd.
Dlatego jak czytam o tym, jak ktoś się bardzo przejmuje swoimi rodzicami i ich problemami, to chociaż rozumiem skąd to się bierze, to jest to dla mnie wielka abstrakcja. No, ale może to dlatego że zawsze taka była konstrukcja mojej rodziny - każdy się przejmował tylko sobą i dla każdego liczyło się tylko to, aby jego potrzeby były zaspokojone. Ojciec to wymuszał siłą i zastraszeniem, matka po cichu manipulując, a ja próbowałem wyciągać na litość jako ofiara.