Autor Wątek: Relacje rodziców z dziećmi  (Przeczytany 83546 razy)

Semira

  • Gość
[#]   « 2012-08-24, 19:49:29 »
Clint

Wiesz jak sie ma w wiekszosci przepracowana karme z rodzicami to malo to kogo obchodzi co oni tam sobie gadaja.Gorzej jest jak jeszcze maja wplyw swoim pieprzeniem.Mi czasem tak potrafia podniesc cisnienie w 5 sekund,ze sama zastnawiam sie jak oni to robia-mistrzowstwo swiata.Maja taki kluczyk do mnie,gdzie zawsze sie dostana do najczulszych miejsc.Czas powymieniac zamki na dobre!!:)

Clint

  • Wiadomości: 2 541
  • Płeć: Mężczyzna
    • Boski Spokój
  • Łukasz Kubiak - https://boski-spokoj.pl/
  • Status: Uzdrowiciel
[#]   « 2012-08-24, 19:34:26 »
Przeciętni rodzice mają swój świat i swoje kredki. Moim tyle razy mówiłem że nie będę miał dzieci, a potem i tak zawsze jak o czymś tam gadają, to mówią o danych sprawach w taki sposób, jakby oczywistym było to, że te dzieci będę miał. Już nawet ich w większości przypadków nie poprawiam, bo po co? Niech żyją swoimi iluzjami, to jest ich problem, a nie mój.

Grunt to robić swoje i nie przejmować się ich gadaniem, bo prawda jest taka, że gadanie to jedyne co im zostało, więc tego nadużywają :P

Semira

  • Gość
[#]   « 2012-08-24, 19:31:14 »
Boszsze o co chodzi z ta szklanka wody?:)W kazdej rodzinie to jest ulubione haslo-straszyciel.Uczyli tego na jakis kursach w czasie komuny czy co?:)

Blackrose

  • Wiadomości: 1 330
  • Płeć: Kobieta
  • Access Bars, psychoterapia, masaże, uzdrawianie duchowe
  • Status: Zaawansowany
[#]   « 2012-08-24, 19:27:26 »
Clint,

moi rodzice to nauczyciele. Mają dobre zarobki, ale to niewolnictwo i nerwica, która rzuca się na mózg po latach pracy. Partner mamy jest policjantem i też mu nie lepiej. Oboje przyzwyczejeni do ciężkiej pracy. Nie mogę powiedzieć, że nie mają pieniędzy, że sobie nie radzą - tylko nie dostrzegają jakim kosztem i że cokolwiek mogłoby być lepiej. To co mam obecnie jest w fazie początkowej i rozkręca się, układam ofertę. Ale będę z siebie dumna jak i 500zł zarobię samodzielnie i na tym co lubię.

Myśli o emeryturze o dziwo wpędzają mnie w szczere rozbawienie. Do tego czasu mam nadzieję wymyślę coś przełomowego dla siebie, aby nie liczyć na nędzne kilkaset zł emerytury. Dodatkowo - to prawie pewne, że za te 40 lat coś takiego jak ZUS nie będzie miało racji bytu. Lepiej samemu odkładać pieniądze, gromadzić na funduszach, kontach - a jeszcze lepiej, być w takim zdrowiu psychicznym i fizycznym, aby zarabiać na talentach w bardzo późnych latach życia. Wiem, że to możliwe. Dlaczego miałabym nie domagać i nie móc sobie radzić? Nie ma to jak gadki ojca: Dziecko drogie, trzeba pracować, dużo pracy to pewny kredyt na 30 lat życia i jakaś tam emerytura. Jeżeli nie założysz rodziny, kto ci poda szklankę wody do łóżka na starość?

Dobre prosperowanie i jakość życia - to także dobra sprawność i życie pełną piersią. Nie widzę sensu posiadania dzieci tylko po to, że rzekomo miałabym nie móc wstać po szklankę :D

Clint

  • Wiadomości: 2 541
  • Płeć: Mężczyzna
    • Boski Spokój
  • Łukasz Kubiak - https://boski-spokoj.pl/
  • Status: Uzdrowiciel
[#]   « 2012-08-24, 19:11:30 »
No ja też pisząc "stała praca" miałem na myśli regularne dochody, a umowę to raczej o dzieło lub zlecenie, a nie o pracę. Też tak jak hydrozagadka wolałbym na zleceniu siedzieć i nie płacić tej całej jałmużny, szczególnie że w tyłku mam emeryturę, która czeka mnie za 42 lata, co powinno być wystarczającym czasem do urzeczywistnienia prosperującej świadomości na tyle, aby radzić sobie bez emerytury :) Pewnie popracuje sobie całe życie, na starość świadcząc już rozwojowe usługi, skoro będę miał całe życie doświadczenia, a do tego wystarczy sprawny umysł, nawet ciało może sobie ewentualnie nieco niedomagać.

Po za tym ja za minimum 3 lata będę miał prawdopodobnie uprawnienia na rzeczoznawcę majątkowego i wtedy będę sobie pracował w wolnym zawodzie. Do tego czasu nie zależy mi na żadnych umowach o pracę, robieniu kariery i staraniu się tak jak moi znajomi ze studiów o jakieś super posady w międzynarodowych korporacjach, gdzie jest 200 osób na miejsce. Ja przez te 3 lata mogę sobie robić wiele różnych rzeczy, najlepiej takich, które są przyjemne i rozwojowe dla mnie oraz gwarantują jakąś tam sensowną pensję, przy czym nie muszą to być kokosy. Mogę sobie nawet skakać z kwiatka na kwiatek, z branży do branży i nie przejmować się tym, że moje CV jest wielce niespójne i że nie zrobię kariery jako super manager korporacji X. Bo nawet gdyby miałoby sprawić to jakieś problemy to zawsze mogę sobie przeafirmować co trzeba i tyle.

Mnie ojciec kiedyś mówił, żebym myślał już o pracy, bo zanim cokolwiek sensownego osiągnę to muszę swoje odmurzynić i liczyć na to, że po iluś latach jakiś pan prezes łaskawie mnie dojrzy i awansuje. A mnie coś takiego w ogóle nie interesuje - wolę być samozatrudniony i wiedzieć, że moje zarobki i moja praca zależą ode mnie, a nie od czyjegoś widzimisię. Te 3 lata mogę spędzić na etacie, przynajmniej się przyzwyczaję do pracowania, a nie lenienia, ale pół życia bym tak nie mógł robić. Za bardzo potrzebuje wolności.

BR
A rozumiem, że Twoi rodzice to świetnie prosperujący ludzie? :D Weź im powiedz, żeby nie wymagali do Ciebie czegoś, czemu sami by nie podołali. Wymagać i narzekać potrafi każdy. A dobrego przykładu swoim życie pewnie sami nie potrafili Ci dać.

Blackrose

  • Wiadomości: 1 330
  • Płeć: Kobieta
  • Access Bars, psychoterapia, masaże, uzdrawianie duchowe
  • Status: Zaawansowany
[#]   « 2012-08-24, 19:01:30 »
Partner mamy koniecznie chce/chciał mnie zatrudnić do zakładu karnego na psychologa. No pożal się Boże, przecież oni mnie tam zjedzą! Chciałam zostać policjantką, ale byłam ogłupiała od traum i cierpienia, a tym samym dużo projektowałam. Myślałam, że jestem silna i chciałam się zemścić za to co przeżyłam. Jestem obecnie poza domem, ale spartaczyłam wiele szans. To oczywiscie ich zdaniem. Nie poszłam na doktorat, a tak chcieli - widzieli mnie w tym. Ja siebie nie. Doktorat z psychologii to męka pańska, wmawianie sobie masy durnot. Zrezygnowałam ze stażu w policji, nie poszłam do więzienia - następny powód, aby się na mnie obrazić. Teraz mogą mówić, że siedzę bez kasy i zarabiam na byle g. To mnie bardzo ogranicza i powoduje, że nie mogę się ruszyć z tej bezradności i poczucia winy. A trzyma jak skurczybyk. Sesje i medytacje Leszka bardzo mi pomogły, abym miała większą pewność że to co robię jest dobre, i że mogę wybierać zgodnie z tym co czuję. To ja panuję nad moim życiem. Wiem, że jakiś czas bez kasy, zaowocuje późniejszym zarabianiem, ponieważ ciagle coś uzdrawiam, pracuję nad sobą.

Afirmacja: Mam prawo do własnego życia, do własnego istnienia. Wybieram zgodnie z tym co czuję i kocham, mam prawo do decydowania o sobie i jest to niewinne i w porządku. O tak. ; )

Hystrozagadka,

to doradztwo przez neta. Dzielenie się 50/50 i podatek z tego. Dopiero to się rozkręca, ale dobre i to. Każde parę stówek będzie dla mnie dobre. Nie wyklucza mnie to przecież z rynku pracy, mogę szukać czegoś dodatkowo, ponieważ gadki przez internet to duża swoboda. Nie pracuję przez cały czas, tylko opracowuję obszerną odpowiedź/konsultację.

hydrozagadka

  • Wiadomości: 2 696
  • Płeć: Kobieta
  • http://uzdrawianieswiatlem.pl/ Zwrot-odzyskiwanie energii, rozpuszczanie więzów karmicznych, rozpuszczanie blokad i węzłów.
  • Status: Ekspert
[#]   « 2012-08-24, 18:51:51 »
BlackRose - a ta umowa o dzieło jest może z 50% kosztami przychodu? Jak dla mnie to jest najlepszy sposób zarabiania - płacisz minimum haraczów, a i łatwiej sobie negocjować wyższe pensje - bo i zatrudniający wtedy prawie nic nie płaci za Ciebie dodatkowo (koszty zatrudnienia są niskie). Przy prawidłowej negocjacji umowy, masz i urlop płatny i opiekę zdrowotna (prywatną). Czyli nie potrzeba pracować na etat, by mieć te "przywileje".

Na etat to obecnie przyjmują chyba tylko firmy państwowe, a prywatne tylko w wyższych pionach kadrowych - nawet duże koncerny prywatne jakieś 90% pracowników zatrudniają obecnie na "o dzieło".

Pracowałam na umowę o dzieło jakieś 7 lat i szczerze mówiąc z żalem się ostatnio rozstawałam z taką formą rozliczeń z Państwem;)

bziuuummm

  • Gość
[#]   « 2012-08-24, 18:46:37 »
Ja mam z kolei coś takiego:
wyprowadzam się, wracam, wyprowadzam, wracam do domu bo sytuacja zdrowotna rodziców tego wymaga, są już wiekowi
pomijając motyw niemożności rozwijania skrzydeł ruchem jednostajnie przyspieszonym i takie tam bla bla
mam odczucie, że rodzice przestali byc moimi rodzicami juz jakies dobre kilka lat temu,
ciężko to opisac
czuję te ich schizy w sobie
ale oni sami są jakby ode mnie odłączeni
są jak obcy na ulicy
i to nie ja to spowodowałam to się zadziało samoistnie
very , very dziwne

Black Rose - u mnie tez czy stała czy dorywcza - wedle mamuśki- i tak jest źle i nie taka jak trzeba bo ona by chciała taką a taką dla swojej córusi , czarnej owcy rodziny ;) a tak serio to sama nie wie czego ode mnie chce i wywala swoje frustracje, kreton jeden :O
Nie cierpie jej ale kocham ogólnoludzko

Najlepsza ponad wszystko jest szybka wyprowadzka
no chyba, że ktos  ma inną drogę z rodzicami do przejścia to można mieszkać na innym piętrze i tez jest ok :)

powodzenia wszystkim z tymi ludźmi , którzy rolę naszych rodziców powzięli :D

Blackrose

  • Wiadomości: 1 330
  • Płeć: Kobieta
  • Access Bars, psychoterapia, masaże, uzdrawianie duchowe
  • Status: Zaawansowany
[#]   « 2012-08-24, 18:36:40 »
Mi się na razie udało znaleźć pracę na umowę o dzieło, nic stałego. Ale i tak w domu nikt mnie nie docenia. Chcą stałej pracy, której ja znaleźć nie mogę/nie potrafię - nie wiem. Staram się, ale obecnie jest jak jest.

Clint,
mi też strzelają podobne teksty, coraz mniej mnie interesują. Im więcej uzdrowienia poczucia winy, tym spokojniej i bardziej w porządku się czuję przy takich zaczepkach. Reaguję przytomniej i idzie się z rodzinką dogadać, wyjaśnić na spokojnie co i jak. Gdzieś mi jeszcze trzyma mocny smutek i bezradność, że nie umiem sobie od razu poradzić. Od razu po studiach przecież powinnam zostac biznesmenem! Tak uważają. Najgorsze jest to, że całe życie jeżdzą mi po głowie, zaniżają samoocenę, przeżywam masę traum, a potem nagle bum i masz iść do pracy, założyć rodzinę - po prostu sobie poradzić. A ja nie potrafię. Wymagałam terapii i to konkretnej. Mam poczucie winy, za czas, który sobie daję do ogarnięcia się. Czasem czuję się słaba, że źle organizuję sobie życie. Ojciec od razu po studiach (dzień po obronie) odciął mi dopływ alimentów uważając, że nie musi bo mam pracować. To chore, wiem. Ogarniam obecnie własne emocje, wytykanie sobie słabości, takie rozmemłanie i niemożność podjęcia decyzji w materii.

Clint,
nawet jak jakieś lęki Ci pozostały czasem warto podjąć pewne ryzyko, pójść w to usamodzielnienie. Im dłużej się wahasz, tym potem trudniej może być odejść, zrobić to o czym marzysz. Rodzinę trzeba przyzwyczajać do pewnych sytuacji. Im prędzej zaczynasz, tym więcej masz czasu na próby, na zmiany, na lepsze decyzje.

Clint

  • Wiadomości: 2 541
  • Płeć: Mężczyzna
    • Boski Spokój
  • Łukasz Kubiak - https://boski-spokoj.pl/
  • Status: Uzdrowiciel
[#]   « 2012-08-24, 17:53:57 »
Ostatnio jakoś tak przy okazji powiedziałem rodzicom o swoich planach związanych z szukaniem stałej pracy po wakacjach i w miarę możliwości finansowych - wynajęciu sobie jakiegoś pokoiku w Poznaniu. Stwierdziłem, że lepiej ich przygotować psychicznie, żeby się z tym oswoili i nie żeby ich szok nie zabił.

Ojciec w miarę spoko zareagował, coś tylko mi tam gadał o tym jak ciężko będzie mi się przestawić z tych luksusów, które mi tu zapewnia na takie studenckie minimum. Chyba nie docenia mojej po ascetycznej zdolności do adaptacji do kiepskich warunków mieszkaniowych. Zresztą byle gdzie też nie zamierzam mieszkać, bo widzę chociaż po moich znajomych że za tą samą kasę można wynajmować zarówno zwykłą melinę jak i całkiem ładny pokoik w zadbanym i wyremontowanym mieszkaniu. Wystarczy po prostu dobrze trafić, a ja nie mam noża na gardle, więc będę mógł szukać czegoś na spokojnie.

Matka zaś, jak to matka udaje że niby spoko, ale wali jakimiś tekstami, które mają mnie zniechęcić. "Weź już nie kombinuj, najpierw skończ studia, a potem będziesz myślał...". Próbowała mnie już mnie straszyć tym, że ciężko o pracę, że tyle kasy się wydaje na utrzymanie, kiepskimi warunkami, strasznie męczącą koniecznością gotowania, prania i reszty obowiązków i czymś tam jeszcze, ale jakoś mnie jej argumenty nie przekonują.

Przyznam że jeszcze jakieś kilka miesięcy temu nadchodząca wizja usamodzielnienia się przerażała mnie, że marzyłem jedynie o tym, aby móc ją odsunąć jak najdalej w czasie, byleby tylko mieć jak najwięcej czasu na uzdrawianie swoich ograniczeń i przygotowanie się do tego strasznego procesu. Miałem straszną potrzebę zaplanowania wszystkiego, tak aby mieć wszystko pod kontrolą, co miało mi dawać poczucie bezpieczeństwa i gwarancje, że nic się nie rypnie.

A teraz jest jakoś tak dużo spokojniej. Skłamałbym gdybym powiedział, że czuje się całkowicie bezpiecznie i pewnie, ale poziom tych lęków spadł na tyle wyraźnie, że już mnie nie paraliżuje. Nie zamierzam się spieszyć czy presjonować, chce sobie na spokojnie, w swoim tempie zająć znalezieniem pracy, a potem czegoś do wynajęcia. Cieszy mnie to, że obecna praca pokazała mi moją elastyczność i wszechstronność - tak jak większość osób znalazła sobie dość szybko ulubione zajęcia i się ich trzymała - tak ja imałem się praktycznie wszystkiego, chcąc się sprawdzić w każdym możliwym zadaniu. I teraz widzę, że naprawdę mogę robić wiele różnych rzeczy, więc nie powinienem mieć jakiś wielkich problemów ze znalezieniem pracy - szczególnie, że wczoraj czytałem iż wskaźnik bezrobocia w Poznaniu jest teraz najniższy w całej Polsce.

Mam też dodatkową motywację do usamodzielnienia się - widzę jak rodzice kombinują z własną działalnością, gdzie ojciec chce matce założyć własną firmę w której będzie strzygła psy po zaledwie 3 tygodniowym kursie. Co prawda jeszcze rozważają to, żeby się wpierw gdzieś zatrudniła i nabrała doświadczenia, co też zamierzam im wbić do łbów. Biorąc pod uwagę, że ojciec może w każdej chwili stracić robotę z powodu restrukturyzacji to w połączeniu z przynoszącym straty biznesem i ich niespłaconym kredytem na dom byłoby lekką katastrofą. Dlatego też dość egoistycznie, martwiąc się o własny tyłek chcę im przemówić do rozsądku póki tu mieszkam, a potem to niech sobie co chcą - mogą sobie nawet kupy na patyku sprzedawać.

Szczerze mówiąc nie wiem na ile to wynika ze zdrowego dystansu, a na ile ze znieczulicy z powodu żali do nich, ale generalnie mam całkowicie gdzieś co się z nimi stanie, dopóki mnie to nie dotyka. Kilka dni temu jak przyszedłem do domu z pracy, to ich nie było i przyjechali dopiero późnym wieczorem. I jak tak siedziałem w pustym domu to zaczęły przychodzić myśli w stylu "ciekawe czy żyją czy też np. zginęli w wypadku samochodowym". I szczerze mówiąc było mi to całkowicie obojętne - przez chwilę tylko chłodno kalkulowałem czy nie miałbym za dużo kłopotów ze sprzedażą niespłaconego domu i czy ubezpieczenie na wypadek ich śmierci (ta, mają takie) wystarczyłoby, aby pokryć bieżące wydatki przez jakiś czas, itd.

Dlatego jak czytam o tym, jak ktoś się bardzo przejmuje swoimi rodzicami i ich problemami, to chociaż rozumiem skąd to się bierze, to jest to dla mnie wielka abstrakcja. No, ale może to dlatego że zawsze taka była konstrukcja mojej rodziny - każdy się przejmował tylko sobą i dla każdego liczyło się tylko to, aby jego potrzeby były zaspokojone. Ojciec to wymuszał siłą i zastraszeniem, matka po cichu manipulując, a ja próbowałem wyciągać na litość jako ofiara.

Blackrose

  • Wiadomości: 1 330
  • Płeć: Kobieta
  • Access Bars, psychoterapia, masaże, uzdrawianie duchowe
  • Status: Zaawansowany
[#]   « 2012-08-24, 13:04:19 »
Ja również dostrzegam, że z rodziną coraz mniej, niewiele mnie łączy. Nie ma o czym rozmawiać, nawet przez telefon. Dzwonię, aby dać znać, że żyję i mam się dobrze, albo, że mam pieniądze na jedzenie. Kiedyś miałam lepszy kontakt zarówno z matką jak i ojcem. Z ojcem nie rozmawiam już 3 lata, z matką kontakt sporadyczny, sztuczny. Ciężko patrzeć na jej cierpienie, wolę się odciąć i zapomnieć. Czasem korzysta z sesji, coś tam próbuje zmieniać, ale kiepsko jej to wychodzi, bo trzyma się uparcie wyuczonych mechanizmów. Ja nie mogę i nie mam siły z tym walczyć. Nie ma to jak być terapeutą dla własnej rodziny - to nawet nie jest zdrowe, bo można się jedynie uwikłać i zwątpić.
 
Gdy oni nie chcą skorzystać z terapii i innej pomocy, trudno. Uczenie się samodzielności bywa skomplikowane, ale jest opłacalne, tak samo jak zasługiwanie na dobre życie pomimo, że rodzina topi się w swoim bagnie.

Inga

  • Gość
[#]   « 2012-08-24, 12:41:20 »
A nie wiążesz tego z tym że się wyprowadziłaś? I przez już tyle od Ciebie nie ciągnie?

Blackrose

  • Wiadomości: 1 330
  • Płeć: Kobieta
  • Access Bars, psychoterapia, masaże, uzdrawianie duchowe
  • Status: Zaawansowany
[#]   « 2012-08-24, 11:19:37 »
Mam dokładnie taki sam problem z moją matką, która czuje się coraz gorzej. Niedawno miała sesję to skorzystała, ale ogólnie ciężko mi żyć w szczęściu gdy przypominam sobie o jej nieszczęściu.

Inga

  • Gość
[#]   « 2012-08-24, 10:51:07 »
I wzbudzają to poczucie winy dopóki mają z tego korzyści.

Mateusz

  • Wiadomości: 1 234
  • Status: Obserwator
[#]   « 2012-08-24, 10:18:18 »
Oj, rodzice potrafią wzbudzać poczucie winy.

Pamiętam, że swego czasu zainspirowała mnie Luisa Hay, co opisała w swojej książce- Możesz uzdrowić swoje życie, na końcu, o swojej historii, jak zmieniało sie jej podejście do matki, kiedy uzdrawiała siebie.