To pewnie też, ale na pewno nie tylko. W ostatnich miesiącach, od kiedy zacząłem medytacje na relację z nią, ta kobieta się coś uaktywniła i dużo częściej, bardziej otwarcie i bardziej bez sensu próbuje mi pociskać i rzucać idiotycznymi tekstami. Wywala jej do moich sukcesów, do mojego rozwoju i ogólnie do mnie.
Tak jak ojciec się najwyraźniej podłączył się w jakimś stopniu pod pozytywne zmiany w domu, które wynikły z mojej pracy nad sobą, tak matka tylko wyszła z cienia subtelnych manipulacji do otwartego ataku. No, ale ojciec jest bardziej niebieski, a matka to jakiś wybielony kloc żelbetonowy. Ona chyba nie może znieść mojego wyjścia z tego biało-ascetycznego syfu, tego że otwarłem się na ludzi, których ona tak nienawidzi, że odrzucam ascezę i niską samoocenę, która ona się delektuje. Ona chce żebym cierpiał razem z nią i nie potrafi się pogodzić z tym, że ja zamiast cierpienia zaczynam wybierać te wszystkie fajne rzeczy. No i jeszcze odreagowuje pranie mózgu jakie mi robiła w poprzednich życia, uwalniam się od tamtejszych manipulacji i jej obietnic.
Chyba boli mnie to, że nie mam ciepłej, kochającej matki, która by mnie przytuliła, a zamiast tego zimną i pokręconą kobietę z umysłem przemielonym w białym astralu. Dobrze że chociaż nie jest w tym życiu fanatyczką religijną, bo najwyraźniej właśnie przechodzi przez jeden z okresów zmęczenia kościołem, ale pewnie jeszcze wróci.
O, właśnie zauważyłem że chyba po raz pierwszy poszedłem głębiej i przyznałem przed sobą, że ten chroniczny i rozrywający brak bliskości związkowej wynika właśnie z braku bliskości od matki. To tu jest źródło tego bólu. A ciężko było mi to przyznać, że potrzebuje czegoś tak bardzo od kobiety, której nie lubię, do której mam tyle żalu i co mi właśnie wyszło - nawet nią gardzę. Ciekawe.