Miałem wczoraj sesję regresingu kręcącą się wokół tworzenia wszelkiego rodzaju sztucznych struktur w ramach indywidualizacji i tworzenia sobie świata po za Bogiem.
Nie chcąc wziąć odpowiedzialności za swoje intencje i wybory, nie chcąc zaakceptować tego, że nie powstałem w pełni doskonały i że byłem istotą, która ma wolną wolę i możliwość popełniania błędów - wymyśliłem sobie, że powinno być tak, że dla dobra innych istnieje możliwość gwałcenia ich wolnej woli i naprostowywania na właściwą ścieżkę. Uznałem, że może i ich cierpienie jest wyrazem ich wolnej woli, ale wynika ono też z powodu ich niepełnej świadomości, a tym już obwiniłem Boga i uznałem to za Jego błąd. Uważałem, że Bóg nie powinien był mi nigdy pozwolić popełnić moich błędów przez które się tyle nacierpiałem.
Tak się narodziły pierwsze intencje do tworzenia sobie wszelkiego rodzaju misji, do buntu przeciw Bogu i tworzenia struktur, w ramach których miała powstać nowa, lepsza rzeczywistość na nowych zasadach, gdzie Bóg nie ma nic do gadania (ah, galarety pewnie zacierały macki z radości). Wszelkie cierpiące i nieświadome istoty miały być uświadamiane na siłę co jest dla nich dobre, co było oparte na przekonaniu, że gdyby miały tą świadomość to by nigdy nie wybrały syfu i wszyscy byliby szczęśliwi. Oczywiście ich opór przed przyjęciem naszego daru świadomości, był tylko kolejnym objawem ich zagubienia i nieświadomości, więc nawracanie musiało być przeprowadzana bezwzględnie i bez patrzenia na reakcje obdarowywanego - dany osobnik mógł tego nie doceniać, ale to przecież wszystko było dla jego dobra.
W międzyczasie jednak pojawił się dość istotny problem. Okazało się, że odrzucając Boga i działając samemu, w oparciu o korzystanie tylko z tego co nieboskie, pojawia się wiele niedogodności. Nagle się okazuje, że brakuje niemal wszystkiego co wcześniej było ważne i istotne, a funkcjonowanie w nowej rzeczywistości jest bardzo trudne. Żeby wytrwać w swoich postanowieniach trzeba było więc sobie wcisnąć kit, że tak właśnie życie ma wyglądać i jest to największa wartość (pozdro chrześcijanie). Miało być bez Boga, bez Jego pełni i dostatku, więc dostosowujemy teorie do realiów i tworzymy sobie filozofie oparte na pustce i braku.
To jednak na dłuższą metę okazywało się zbyt męczące. Narastające pragnienia i niespełnienie zaczynały coraz bardziej przesłaniać ważność misji. Coraz częściej misja pomagania innym stawała się wymówką do zaspokajania swoich własnych, egoistycznych potrzeb, co doprowadzało m.in. do rosnącego poczucia winy.
Odrzucając Boga, odrzuciłem jednocześnie Boską cząstkę w sobie, a co a tym idzie - straciłem nie tylko miłość, bogactwo i szczęście, ale także siebie, swoją moc, wartość i Boskie możliwości. Stałem się nic nie wartym śmieciem i pyłem marnym. Jakoś sobie musiałem to rekompensować, bo ciągłe bycie ofiarą też było zbyt męczące. I tak w którymś wcieleniu wręcz stworzyłem wokół siebie jakiś kult, w którym po prostu naobiecywałem ludziom wszystko, czego tylko chcieli, a ja w zamian pobierałem ich energię i niemal się zachłysnąłem możliwościami jakie za tym szły. Byłem podziwiany, wielbiony i mogłem kontrolować cały tłum, co mi dawało sporą władzę. Tu jednak z czasem odezwało się poczucie winy, za wykorzystywanie ich wszystkich i mamienie obietnicami nie do spełnienia. I tak jak ja zmanipulowałem ich, to oni gdy z czasem się skapnęli co się święci - zmanipulowali mnie, włażąc mi na poczucie winy i zmuszając do tego, abym im wynagrodził to wszystko. Stwierdzili, że oni dali od siebie to co mieli dać, więc ja teraz jestem zobowiązany im służyć, aż nie spłacę długu. I tak mnie pewnie wykorzystywali jeszcze długo w kolejnych wcieleniach, a ja nie byłem świadomy, że oni przecież też musieli mieć nieciekawe intencje, aby się dać tak wkręcić.
W tym całym pomieszaniu oczywiście pojawiała się tęsknota za Bogiem i chęć powrotu. Niestety zbyt zwężona świadomość i ciągłe tracenie pamięci, po niemal każdej śmierci powodowały narastanie sprzecznych ze sobą dążeń bez świadomości, że próbuje się iść w kilku różnych kierunkach na raz. I tak wszelkie próby powrotu do Boga były skażone bardzo silnie tymi wszystkimi misjami, nieufnością, buntem i wieloma innymi. Z tym całym bagażem karmicznym człowiek ciągle właził w taki szajs jak choćby chrześcijaństwo, gdzie próbował uzyskać efekty przez karanie siebie, ucieczkę z ciała i wiele innych bzdur nie mając świadomości, że to wszystko jest tylko odgrywaniem starych programów.
A to wszystko było oparte m.in. na przekonaniu, że to niepełne przejawianie się jako nowopowstały aniołek jest już pełnią tego, co Bóg ma dla nas. Stąd pojawiło się przekonanie, że to co Bóg ma dla nas nie jest aż tak ciekawe i atrakcyjne, a na dłuższą metę nawet nudne(ile można fruwać jako kulka światła po świecie przyczynowym i nie robić nic konkretnego?), więc po prostu szukałem ciekawszych możliwości przejawianie się we wszechświecie(i tak powstał UNA). Eh, gdybym zauważył, że Bóg ma dla nas dużo, dużo, duuuuuuuuuuuuużo więcej i wystarczyło tylko poprosić - będąc w zgodzie z Bogiem wcale nie musiałem spędzić wieczności jako kulka światła, która rozwija w sobie tylko głębsze uczucia miłości i nic więcej nigdy nie zrobi
