Miałem ostatnio takie przemyślenia odnośnie rozwoju i tego jak wiele osób z jakiegoś powodu przez wiele lat pracy nad sobą, nie potrafi sobie pomóc i wciąż tkwi z tymi samymi problemami.
Pierwsza obserwacja tyczy się przywiązania do osobowości. Sporo osób potrafi zauważyć, że ma problem x i y, że może go zmienić, itd. ale nie bierze pod uwagę możliwości stania się inną osobą, mającą inny światopogląd, inne sposoby reagowania, doświadczającą inaczej rzeczywistości, itd. Po prostu pozwalają sobie na zmiany w ograniczonych ramach, nie dlatego że świadomie coś ograniczają, ale dlatego że po prostu w głowie im się nie mieści, że mogłoby się zmienić coś, co uznają za naturalne, oczywiste i niezmienne.
A tymczasem prawdziwy, głęboki rozwój duchowy to proces mocno radykalny - to całkowite zburzenie w drobny mak swojej osobowości, jej fundamentów. To przejście przez okresy zatracenia siebie, poczucia że już się nie wie, kim się jest. To intensywne burzenie iluzji i poznawanie tego, co znajduje się za iluzją. To zdrowy dystans, luz i nieprzywiązanie do wyobrażeń, odczuć i przekonań na swój temat.
Mam wrażenie też, że im starsze osoby zaczynają rozwój w danym życiu to tym trudniejsze mają zadanie, ponieważ są mocniej przesiąknięci swoją osobowością (zakładając że wcześniej żyli bezmyślnie i nie zmieniali się za bardzo

). To nie jest żaden pocisk, żeby ktoś się poczuł gorzej, tylko zwrócenie uwagi na pewien problem. Łatwiej jest zburzyć iluzję budowaną 20 lat niż 40, łatwiej jest sobie pozwolić na elastyczność.
Druga obserwacja to kwestia celów w rozwoju i życiu. Sporo osób deklaruje oczyszczanie intencji i poddawanie celów Bogu, ale i tak w praktyce okazuje się, że musi być tak, jak oni by chcieli. Miotają się, starają się zmieniać to i tamto, płaczą że nie wychodzi, narzekają i nie akceptują tego, co jest. Normalne reakcje, nie ma co się wstydzić tego. Warto jednak główną siłę koncentrować na wzroście akceptacji i zadowolenia z życia. Akceptacji tego, że nie ma się tego, co się tak bardzo chce mieć czy że coś zmienia inaczej niż byśmy chcieli.
Bóg nas naprawdę bardzo, bardzo mocno kocha i ma na każdego z nas mnóstwo pomysłów. One są genialne, niesamowite i czasami niewyobrażalne. Dlatego nie hamujmy ich, skoro ze swojego ograniczonego poziomu nie jesteśmy w stanie ich ogarnąć. Mnie strasznie telepało, że przez 4 lata nie mogłem stworzyć związku. I dopiero teraz rozumiem geniusz tego, że tak to właśnie wyglądało. Potrzebowałem tych 4 lat, żeby się ogarnąć samemu ze sobą, żeby poradzić sobie samemu, poczuć że mogę być szczęśliwy sam i tym samym nie uzależniać od drugiej osoby, nie obawiać się że sobie bez niej nie poradzę i nie wisieć na niej. Było mi ciężko i samotność sprawiała mi wiele bólu, ale gdybym dostał jakiś "tymczasowy" związek, będący po prostu dobry to zapewne bym w swoim głodzie uczuć się go trzymał i miał problemy z puszczeniem (szczególnie jakby nie był toksyczny, a jedynie "dobry"). Tyle płakałem, że czemu Bóg mi to robi, czemu mija tyle czasu, a on mnie tak trzyma - a tymczasem po latach okazało się, że to pod wieloma względami było dla mnie najlepsze.