Przed swoimi problemami nie da się uciec i ja to doskonale wiem, dlatego nawet nie próbuje.
Mam wiele jeszcze nieuzdrowionych rzeczy związanych z moim dzieciństwem i one wciąż dają o sobie znać w taki czy inny sposób. Wpływało to na mój związek, kiedy potrafiłem się zachować niefajnie czy na moją pracę, kiedy spotykały mnie jakieś mniej miłe sytuacje. No nawet dzisiaj poczułem nieprzyjemne emocje w pracy związane z tym, co czułem w dzieciństwie wobec mojego ojca.
Ale to są pojedyncze sytuacje, pojedyncze problemy, a nie cały zestaw jaki miałem z rodzicami. To co nieuzdrowione jeszcze zostało i wpływa na mnie, a to co uzdrowiłem już znikło. Rodzice chcieli wciąż mi cały pakiet wrzucać. Ba, moja matka wręcz przez te wszystkie lata - nienawidziła mnie jeszcze bardziej i jeszcze mocniej okazywała swoją niechęć, im bardziej kochałem siebie i im wyższą miałem samoocenę. Po 4 latach to ona już wręcz była zmuszona tak bezpośrednio mnie atakować (bo subtelne manipulacje przestały działać), że dla obserwatora z boku wyglądało to tak, jakby miała trochę nie po kolei w głowie. A jak jeszcze spotkałem swoją wielką miłość i zostałem szczerze pokochany, to myślałem że ona zejdzie tam z tej wściekłości. i o czym to świadczyło? O tym, że mam coraz lepsze intencje, bo jest mi coraz lepiej w życiu i ze sobą czy o tym, że mam coraz gorsze, bo mnie matka coraz bardziej nie cierpi?

Może właśnie dzięki tym skrajnościom było mi łatwo zauważyć, że moje intencje nie są bezpośrednio odpowiedzialne za to jak oni mnie traktują, a raczej za to do czego ich prowokuje i jak przeżywam to co oni mi robią (bez prowokacji też można być atakowanym!).
W każdym razie swoje problemy mogę rozwiązywać tak samo jak wcześniej, po prostu żyjąc i robiąc to co słuszne
