Dzięki wszelkim głosom rozsądku w tej dyskusji

Może dla niektórych będzie to szok, ale można jednocześnie czuć akceptacje, zrozumienie i przebaczenie, a także złość, żal i niechęć. To strasznie powierzchowne podejście, że jest albo to albo tamto. We mnie jest jedno i drugie, a po prostu proporcje tego zmieniają się wraz z czasem, kiedy coraz więcej negatywów jest zastępowane pozytywami. Ja wprost pisałem zarówno o jednych jak i drugich uczuciach, a co niektórzy reagowali tak, że jak pisałem o negatywach to że zaraz zwalam odpowiedzialność, obwiniam i uciekam od tematu, a jak o pozytywach to że udaję świętego i nie widzę swoich problemów

Latanie po skrajnościach i robienie ze mnie jak nie spojrzeć - zaślepionego idioty

Stosunkowo niedawno, po kilku latach pracy doszedłem do momentu, kiedy zrozumienie i akceptacja zaczęły przeważać. Na forum głównie dzieliłem się wywałkami w temacie, bo wiadomo że nie ma co tu dużo pisać, kiedy po prostu czuję się spokój (chociaż takimi rzeczami też się dzieliłem). I dopóki szargały mną negatywne emocje to chciałem urwać to relację, ale nie potrafiłem tego zrobić, wiele razy miałem ochotę to zrobić pod wpływem emocji. Potem jednak się uspokoiłem i zmieniło się spojrzenie, a ja miałem w planach podtrzymywanie tej relacji, bo nie widziałem powodów żeby ją urywać.
Dopiero z czasem zacząłem przytomnieć i na SPOKOJNIE dostrzegać w czym tkwię, co mnie trzyma z rodzicami i jakiego rodzaju wymiana energii i uczuć jest między nami. Zrozumiałem że oni nie chcą i nie są w stanie przetrawić tego, jaki jestem naprawdę. Mogłem albo się dostosować do nich, albo znosić ciągłe ataki. Ani jedno, ani drugie nie miało sensu.
I to właśnie uspokojenie emocji pozwoliło mi podjąć przemyślaną decyzje co do której nie miałem wątpliwości, ponieważ nie szargały mną żaden emocje, dzięki czemu moje odczucia były jednomyślne. Pewnie w głowie się to może niektórym nie mieścić, ale ja czuję że ta decyzja płynęła z mojego serca. W tym nie było nienawiści do rodziców, ale miłość do siebie, miłość i szacunek, które pociągnęły mnie do tego, żebym zadbał o jakość mojego otoczenia

To było najlepsze nie tylko dla mnie, ale także dla nich. Dopóki tkwiłem w tej chorej relacji, to wzmacniałem tą ich sztuczną chorą strukturę. Fundując im takie wyłamanie się, dałem im dużą szansę na zmianę, bo zburzyłem im dość konkretnie tą iluzję szczęśliwej rodzinki. I tak tego nie wykorzystali za bardzo z tego co wiem, bo wciąż walczą przed zaakceptowaniem że cokolwiek było nie tak z ich strony, ale to już ich sprawa. Może się ogarną jak stracą drugie dziecko, a tak może być.
Miłością nie jest dawanie innym ludziom wszystkiego czego żądają, byleby tylko mieli dobre samopoczucie. Miłością jest działanie dla swojego i cudzego, REALNEGO dobra. Drugie osoby mogą tego nie widzieć, nie doceniać, robić z siebie wielkie ofiary i poszkodowanych. Społeczne wartości też mogą być przeciw temu, ale społeczeństwo ma dużo chorych wartości.
Nie uważam, żeby następstwem tego, że sobie poukładam w temacie jeszcze bardziej miało być odnowienie relacji z rodzicami. No chyba, że oni naprawdę coś w sobie zmienią, a nie tylko na chwilę, na pokaz. Nie mówię tego z powodu złości na nich, ale z powodu miłości do siebie. Dla mnie to jest zdrowy egoizm.
Mówiłem wiele razy rodzicom co mi nie odpowiada w relacji z nimi. Oni i tak nie chcieli się zmienić, więc co miałbym zrobić? Zmuszać ich do czegoś? Przecież nie będę ich zmieniał na siłę czy czekał aż jakimś cudem zmienią się sami. Zrobiłem jedyną słuszną rzecz jaką mogłem. Może i kontrowersyjną, ale ja nigdy nie byłem fanem robienia z rodziców świętych krów - i tak dostali ode mnie więcej szans i możliwości niż jacykolwiek inni ludzie mogliby dostać. Gdyby to byli zwyczajni znajomi to bym w życiu nie utrzymywał kontaktu z takimi ludźmi. To, że są rodzicami nie sprawi że będę się poświęcał i rezygnował z siebie, żeby ich znosić.