Autor Wątek: Terapia wewnętrznego dziecka  (Przeczytany 190626 razy)

poledwica

  • Wiadomości: 385
  • Płeć: Kobieta
  • Status: Obserwator
[#]   « 2012-11-27, 17:35:27 »
Inga:)
Super, że do takiego wniosku doszłaś. Pewnie, że nie musimy cierpieć żeby dążyć do zdrowia. Wydaje mi się, że nawet powinniśmy do tego podchodzić na zasadzie przygody ze swoją osob. W kańcu nie każdy dostał taką szansę!. Jeżeli cierpi to pewnie twoje dziecko. Zapytaj czego ono potrzebuje, może za czymś teśkni, być może jest jeszce wiele w nim smutku?
 Osobiscie pracuje czasem z dwoma zdjeciami z mojego dziecinstwa...Jak pracuje? Bardzo prosto! Przypatruje sie sobie jak mialam kilka lat i mysle "troche doroslam lecz ta mala istota jest ciagle we mnie" i powininam dbac o nia, to znaczy:

- Sprawiac sobie przyjemnosc
- Byc ciagle otwartą na zycie
- Byc niewinną, ciekawą i spontaniczną
- Bawic sie zyciem, nie traktowac siebie i zycia zbyt powaznie
- Nie martiwic sie o nic - bo zycie jest takie jak sobie je wyobraze
- Angazowac sie w chwile obecna nie myslac o niczym innym
- Myslec mniej lecz pozytywniej
Do tej pory nie rozumiałam co to jest praca nad wewnętrznym dzieckiem. Dzięki terapii wiele metod poznałąm. jedną z nich jest właśnie ta. Cwiczę to dopiero od tygodnia, jest to trudne, do tej pory przy rozmowie z dzieckiem  mam sztywne całe ciało. Teraz już za to wiem jak jest to ważna część, żeby to uzdowić. dać teraz to wszystko czego nie dostaliśmy akceptacji, docenienie, zabawy, radości, miłości. Jest to o tyle trudne, że nie wiadomo jak to się robi, ale trening czyni mistrza:)
Piszesz, że powinnaś być silna nie wiem co przez to rozumiesz:) na moje to powinnaś wysłuchać tego dziecka w ciszy i w samotności kiedy masz na to czas i puszczać te emocje. A w ciągu dnia nauczyć się przeżywać swoje dorosłe, życie.
Ten ból to może właśnie jakiś temat do uzdrowienia. Z emocjami pracuje już prawie rok terapią, eft też myślałam, że to wszystko szybko puści, jednak tak nie jest cały czas co innego wychodzi na wierch i są silne emocje przy tym.


     

Inga

  • Gość
[#]   « 2012-11-27, 08:58:36 »
Na wczorajszej sesji oddechowej udało mi się dokonać ważnego odkrycia, dzięki czemu dzisiaj czuję się znacznie lepiej.
Uświadomiłam sobie że nie muszę cierpieć aby dążyć do zdrowia. Że jednocześnie mogę się uzdrawiać i czuć dobrze, a cierpienia nie są do tego konieczne.
Zobaczyłam że we mnie cierpi dziecko wewnętrzne a moją rolą jest być silną i czuć się dobrze po to aby móc się zaopiekować tym dzieckiem.
Ja zaś cały czas tkwię w cierpieniu bo chcę wyrażać ten ból który dziecko ma w sobie, bo nie chcę tłumić swoich bolesnych emocji, bo  chcę wydobywać te emocje na zewnątrz. I w ten sposób zrodziło się we mnie przekonanie że muszę cierpieć aby się uzdrowić.
I nie wiem jak mam sobie poradzić z tymi dwoma przeciwstawnymi kierunkami. Bo z jednej strony powinnam czuć się dobrze jako ta osoba dorosła i zapewniająca opiekę a  drugiej strony powinnam czuć bolesne emocje dziecka wewnętrznego, które nadal  tkwi w tych  emocjach gdy było zabijane przez ojca, o te emocje nadal są we mnie nieprzeżyte.
Nie wiem jak mam jednocześnie czuć się dobrze i czuć te straszliwe cierpienia mojego dziecka wewnętrznego. To jest mój obecny dylemat.
Czuję też że to dziecko wcale nie potrzebuje moich cierpień, ono chce abym się nim zajęła. A ja nie mogę bo jego ból zbyt mnie przeraża.

MariuszEro

  • Wiadomości: 298
  • Płeć: Mężczyzna
  • Mariusz Dziemianczuk Regreser:regresing,rebirthing, praca z oddechem,pozytywne myslenie,EFT
  • Status: Ekspert
[#]   « 2012-11-20, 19:49:15 »
O, znajome :)

Mi swego czasu na dobre wyszlo olewanie kazdego telefonu od rodzinki, i olewanie tego co mowili, do momentu, az odebranie telefonu przeze mnie bylo wydarzeniem.
Wtedy musieli sie zastanawiac, co chca powiedziec, i wzniesc sie na wyzyny intelektualne, i emocjonalne, by nie uzyc jakiejs obelgi, bo bym sie rozlaczyl.

Zdarzalo mi sie doswiadczac wielokrotnie  nabierania sie na postawe "zmienimy sie", szczegolnie u ojca, ktory nie nauczony okazywania uczuc, rozmowy, zachowywal sie niemal jak zdenerwowana na swiat malpa z adhd, rzucal miesem, a potem sie dziwil, jaki to swiat zly, a nikt nie chce z nim przebywac.

Mijala lata, a jak nie bylo zmiany postawy, tak nadal nie ma. Duza ulge przynosi uswiadomienie trzezwe, kto jest kim. Odpuszczenie checi na pochwale, milosc, dobre slowo od ludzi, ktorzy nie sa w stanie tego dac, nawet za 4 wcielenia, odcina emocjonalnie od takiej osoby. O ilez przyjemniej otworzyc sie na milosc, i dostac ja od osoby, ktora posiadla te magiczna umiejetnosc czakry serca, umie wyrazic slowami zyczliwosc, usmiechem. :)

To naturalne, ze niektorzy sa glupi, niektorzy prymitywni, niektorzy lubia sie schlac, jak tez to, ze bywaja rodzice, ktorzy nie umieja kochac.

Warto obserwowac co sie zmienia w realnych czynach rodziny, czy pada slowo przepraszam, ktore czujemy. Czy jest autorefleksja. Czesto bywa, ze marzenie o wspanialej rodzince nie moze sie ziscic, wiec troche sobie kolorujemy tych naszych niedorobkow, fantazjujemy, .. az tu nagle "lup, lup w nasz glupi dziob" :D Jak to? To oni tacy nadal glupi? :D  Obserwujmy te malpki, czy sie ucza.

(Taak, ida swieta, az mi sie niezbyt milo robi, a z drugiej strony, wcale nie musze tam byc... ;)  )


Duza krzywde robi sie ludziom, gdy wciska jak mantre, ze rodzice chca dla ciebie dobrze(dobra),
lub  rodzice cie kochaja. 
Czasem faktycznie rodzice chca dla kogos dobrze, tylko ze nie uwzglednia to poszanowania wolnej woli czlowieka, jego upodoban, jego zainteresowan.
Czasami bywa, przypadkiem, ze rodzic kocha dziecko, dajmy na to do 6-9 roku zycia, a potem zaczyna wylazic z niego jego wlasne wychowanie (lub niemal brak). Wtedy zaczyna sie kilkanascie lat manipulacji, szantazu, az uksztaltuje sie osobowosc, ktora dazy do marchewki, i unika kijka.   

Dziala to nieswiadomie rzecz jasna. Dla kogos, kto widzi te mechanizmy, to jest to prymitywna tresura zwierzecia, a nie dialog, szacunek, przekazywanie informacji, wyjasnianie. Milosci tam niewiele. Moze ktos  powiedziec, ze to wszystko wynika z milosci, troski.  Troska w takiej sytuacji to tak naprawde lek przed utrata osoby, do ktorej jest sie przywiazanym, ktora daje warunkowa milosc, troche jak piesek, czy kotek. 

Jest jednak pewna pozytywna rzecz, a moze kilka, bycia w glupiej rodzinie. :)

Clint

  • Wiadomości: 2 541
  • Płeć: Mężczyzna
    • Boski Spokój
  • Łukasz Kubiak - https://boski-spokoj.pl/
  • Status: Uzdrowiciel
[#]   « 2012-11-20, 19:31:14 »
Felicite
Możliwe, jak to wczoraj napisałem to mi coś mignęła taka naiwna nadzieja na stworzenie fajnej rodziny, ale od razu przyszło otrzeźwienie że przy moich rodzicach na chwilę obecną jest to raczej niewykonalne. Myślę, że jednak możemy być dla siebie mili, w jakimś tam chociaż minimalnym stopniu pomocni i nie wchodzący sobie nawzajem w drogę.

Staram się niczego od nich nie oczekiwać, zresztą znam ich na tyle, że to oczekiwanie byłoby zbyt dużą naiwnością z mojej strony. Po prostu pozwolę sobie na zmianę stosunku do nich, a oni niech sobie będą tacy jacy chcą - jeżeli sprawią swoim zachowaniem że odechce mi się dla nich być miłym czy pomocnym to będzie ich strata, ja się do niczego nie chce zmuszać.

Co by nie było, ja od wczoraj czuję sporą ulgę jakby mi wielki ciężar spadł z serca i ramion i jakoś mi tak lekko i optymistycznie.

Felicite

  • Gość
[#]   « 2012-11-20, 15:43:24 »
Clint,
zobacz sobie, czy ta chęć "podjęcia jakiegoś kroku w próbie zbudowania zdrowych, rodzinnych relacji" nie wynika z pragnienia otrzymania od rodziców miłości i z Twojego poczucia winy względem nich. No i z podtrzymywania złudzenia, że oni są w stanie dać Ci tę miłość.
Bo jeżeli tak, to może być bolesne doświadczenie oddalające Cię od wyzdrowienia.

Ja przeżywałam takie coś setki razy. Setki razy nabierałam się na to (i nadal się nabieram, tyle że coraz rzadziej), że wolę czuć do rodziców miłość niż nienawiść. A takie stany pojawiały się właśnie po przysłowiowych ciasteczkach, czyli po nawet maleńkiej dawce złudzenia miłości z ich strony. Wtedy faktycznie takie coś uszczęśliwia. Jednak na krótko. Potem przychodzi rozczarowanie i uczucie nabicia w butelkę, no chyba, że człowiek sam się okłamuje i brnie w to nadal.
Oczywiście nie nawołuję do tego, żeby nienawidzić rodziców, żeby ich nie kochać, ale do trzeźwej oceny sytuacji, żeby nie dać się złapać w pułapkę złudzenia, że rodzice mogą dać miłość i oczekiwania tego od nich.
Chodzi o to, żeby zobaczyc, że nie są w stanie tego zrobić i nie szukać tego u nich. Bo dopóki szukasz u nich miłosci, to nie będziesz w stanie pokochać ani siebie, ani ich, ani nikogo innego.
Można albo kochać, albo chcieć być kochanym. Ktoś kto kocha, nie pragnie miłości, bo już ją ma, może co najwyżej się nią dzielić. Z kolei ten co pragnie miłości, nie czuje jej, bo gdyby ją czuł, to po co miałby jej pragnąć? I jak taki ktoś może kochać, skoro nie czuje miłosci?
Skrzywdzone dziecko cały czas pragnie miłości i to od rodziców (albo od ludzi przypominających rodziców). Czyli od tych, którzy mu jej nie dali, bo nie mogli dać (a nie mogli, bo sami nie mieli). Cały czas czeka na nędzny ochłap przypominający towar deficytowy. I kiedy to dostanie, wciąż na nowo odżywają w nim "miłe" uczucia (które bierze za miłość, bo nic innego nie zna), którymi chce obdarzyć rodziców. A chce ich obdarzyć, bo chce od nich dostać miłość.
"Miłość" oparta na pragnieniu i/lub poczuciu winy nie jest miłością. Jest tym, co skrzywdzone dziecko dostawało zamiast prawdziwego uczucia miłości i dlatego nie za bardzo potrafi rozróżnić te stany. To dlatego - będąc takim Dorosłym Dzieckiem - trzeba mieć się na baczności.

Wracając do Ciebie, Clint – nie chodzi mi o to, żebyś nie chciał zrobić czegoś miłego dla swoich rodziców, ale o to, żebyś przyjrzał się swojej prawdziwej motywacji i pozbył ewentualnych złudzeń.
Pozbycie się złudzeń w odniesieniu do rodziców powoduje też to, że znika też chęć zionięcia nienawiścią, itd. Bo to też robi się w konkretnym celu, żeby coś uzyskać. A gdy okazuje się, że nie da się tego dostać, to znika motywacja do tego, żeby zionąć ;)
I wtedy robi się przestrzeń na miłe uczucia w sercu :)

Amelka

  • Gość
[#]   « 2012-11-20, 08:49:57 »
Clint,

wlasnie szukam przez Ciebie szczeki, bo mi tak opadla ze az wypadla :-))))))))))
Swietnie sie czytalo Twoj post. Jakbym czytala o sobie.Jestem na podobnym etapie tyle ze zamiast ojca jest....tesciowa :-))
Milego dnia.

Clint

  • Wiadomości: 2 541
  • Płeć: Mężczyzna
    • Boski Spokój
  • Łukasz Kubiak - https://boski-spokoj.pl/
  • Status: Uzdrowiciel
[#]   « 2012-11-20, 00:30:51 »
Tak mnie dzisiaj coś biorą dziwne odczucia.

Rano moja mama zrobiła pyszne ciasteczka, których dawno nie robiła, a których się trochę najadłem jako dzieciak. I mimo, że chwilę później sypała znowu niepotrzebnym jadem w stosunku do pewnej osoby, pokazując swoją negatywną stronę - poczułem wdzięczność za to za jej ciężką pracę przy zajmowaniu się mną od urodzenia, nawet jeśli było to dalekie od ideału i wynikało bardziej z poczucia obowiązku niż miłości.

Uświadomiłem sobie też mój egoizm wynikający z ciągłego podtrzymywania żali i pretensji za to co było. Nie poczułem się w jakikolwiek sposób źle z tego powodu, to raczej było jak uświadomienie sobie suchego faktu.

Zresztą mnie też jest daleko do ideału. Jakbym nagle miał mieć dzieci, to pewnie też bym im zafundował jakieś traumy. Siostrę potrafię okrutnie zjebać w niemal identyczny sposób i za tego samego typu rzeczy, za jakie oboje byliśmy opieprzani przez ojca. W takich chwilach czuję się tak, jakbym stał się nim. Znam charakter mojego dziadka na tyle, żeby powiedzieć że mój ojciec, będąc nieśmiałą i zamkniętą w sobie ofiarą tak jak ja w dzieciństwie, po prostu z czasem stał się swoim ojcem. Gdyby nie rozwój duchowy - przeszedłbym tą samą drogę. Jestem pewien, że nie radziłbym sobie z nagromadzonymi emocjami, z tą całą złością i by się obrywało dzieciom, które zapewne bym sobie zrobił.

Robiąc więc z siebie niewinną ofiarę, biedną owieczkę, a z ojca złego i bezwzględnego kata stałem się takim samym hipokrytą jak on. Tak samo jak on też obwiniałem wszystkich wokół, koncentrowałem się tylko na swoich potrzebach i problemach oraz robiłem z siebie świętego, nie widząc własnego wkładu w raka jaki toczył tą rodzinę.

Mam wrażenie, że mnie odrzucało od niego tak bardzo i nie miałem ochoty na niego patrzeć, bo widziałem w nim siebie, a raczej to kim się stawałem. Chciałem uciec i odciąć się od rodziny, a w rzeczywistości uciekałem przed samym sobą.

Właśnie mi po raz pierwszy w życiu przyszło do głowy, że może mógłbym przestać ich odrzucać i nawet jako pierwszy podjąć jakiś krok w próbie zbudowania zdrowych, rodzinnych relacji. Od tak zrobić dla nich coś miłego zamiast wiecznie ziać nienawiścią i chęcią wypomnienia rzeczy sprzed wielu lat.

Dziwne, naprawdę dziwne że czuje coś takiego. W pewnym stopniu mnie to uszczęśliwia. Chyba jakoś tak naturalniej jest kochać niż nienawidzić :)

Mateusz

  • Wiadomości: 1 234
  • Status: Obserwator
[#]   « 2012-11-18, 15:47:13 »
Szafirowy Błękit :)
Dzięki za miłe słowa, zabrzmiało bardzo poetycko.
Cieszę się :)
 

Szafirowy Błękit

  • Wiadomości: 617
  • Płeć: Kobieta
  • W "wątku numerologicznym" nie wykonuję analiz dat urodzenia.
  • Status: Obserwator
[#]   « 2012-11-17, 22:49:25 »
Mateusz :)
Od jakiegoś czasu odbieram w Tobie dużo wewnętrznego spokoju, łagodności, ciepełka, tak jakby "delikatny obłoczek" płynący sobie swoją dróżką po niebie i od czasu do czasu zatrzymujący się na chwilkę przyjaznej i inspirującej do dalszej drogi pogawędki z bliskimi sobie innymi obłoczkami :)

Inga
Piękne odkrycie :)

Mateusz

  • Wiadomości: 1 234
  • Status: Obserwator
[#]   « 2012-11-17, 21:13:46 »
Inga :)
No ciekawe to, co piszesz.
Zresztą jak i inne Twoje posty, które bardzo dużo mi dają, choć czasem dziwnie na nie reaguję. A to dlatego, że akurat te rzeczy co piszesz u mnie leżą, bo kiedyś uznałem błędnie, że są za mało ważne. Teraz mam gotowość by je uznać za ważne i popracować nad nimi.
Dzięki :)

Clint :)
Bardzo trafnie.
Dzięki za zwrócenie uwagi.

Inga

  • Gość
[#]   « 2012-11-17, 19:19:11 »
Już wiem czym jest dziecko wewnętrzne.
 Na terapii poczułam się na tyle bezpiecznie że ono się tam ujawniło.
Bałam się jadąc na terapię że stracę tam kontrolę nad sobą i nie wiadomo jak się będę zachowywać.
Na terapii czułam się dziwnie. Nie mogłam robic tego co chciałam bo coś mi nie pozwalało. Natomiast czułam ochotę aby zacząć chodzić po pokoju. Chciałam omawiać rysunki ale nie dawałam rady. Coś mną kierowało. Czułam się tak jakbym miała zemdleć. W pewnej chwili poczułam wewnątrz siebie drugą istotę, odrębną ode mnie, posiadającą własną wolę i podejmującą własne decyzje. Umiejscowiona była w brzuchu po lewej stronie. To ona mną kierowała. Ona nie chciała omawiania rysunków ani całego tygodnia. Ona miała swoje plany i chęci. To ona chciała abym chodziła zamiast siedzieć nieruchomo. Jej zależało abym prowadziła bezpośrednią rozmowę z terapeutą, abym się do niego zbliżała i tak na mnie wpływała że ja też miałam na to ochotę, wbrew sobie. Czułam że jest nas dwie, że jedna chce jednego a druga drugiego. Zaczęłam mówić my zamiast ja, bo wyrażałam się w imieniu nas obu. Widziałam że ja już nie mogę decydować sama, lecz muszę się liczyć z jej zdaniem. To było bardzo dziwne uczucie. W końcu terapeuta zacząl mi się bardzo kojarzyć z ojcem i dziecko się wystraszyło i odeszło.
To była mała dziewczynka która bardzo potrzebowała kontaktu  z drugim człowiekiem.
Nie myślałam że dziecko wewnętrzne czuje się tak dosłownie i namacalnie. I że trzeba się z nim dzielić włądzą.

W pewnej chwili powiedziałam o sobie że jestem głupia a dziecko natychmiast znikło, bo ono uznało że ja mówię o nim.
Nie myślałam że to co mówię lub myślę o sobie ma aż tak duże znacznie.
W trakcie rozmowy z terapeutą na ten temat ono znów się pojawiło.

Jolanta 16

  • Wiadomości: 710
  • Płeć: Kobieta
  • Status: Poszukujący
[#]   « 2012-10-21, 18:11:58 »
Clint

mialam tak samo ostatnio bylam jakas nieszczesliwa....niby wszystko bylo cacy...a ja jakas niekochana sie czulam i wywalalo mi jakies leki i krzywdy. Myslalm, ze to hormony przed miesiaczka...ale to bylo ciezsze i w koncu wczoraj przytulilam sie do mojego konika przed snem  i bylo mi lepiej. Na co dzien stosuje to co ty....ciepla rozmowe z moja mala dziewczynka...i mowie jej ze bardzo ja kocham...;) i jest lepiej...

Clint

  • Wiadomości: 2 541
  • Płeć: Mężczyzna
    • Boski Spokój
  • Łukasz Kubiak - https://boski-spokoj.pl/
  • Status: Uzdrowiciel
[#]   « 2012-10-18, 23:36:07 »
W sumie zabawne jest to, że przez ten cały swojego rozwoju tyle razy koncentrowałem się na różnych pozytywnych odczuciach w stosunku do siebie, ale zawsze było przy tym tak mało słów. Nikt mnie nie nauczył mówienia o sobie z miłością, więc nawet mi to za bardzo do głowy nie przychodziło. A słowa jednak mają swoją potęgę. No i jeszcze biorąc pod uwagę, że to właśnie słowami tyle krzywdy mi wyrządzono - słowami też będzie najlepiej to uzdrowić :)

Gdzieś tam w środku jestem naprawdę głęboko szczęśliwy, nie tylko dlatego że tak mi dobrze z tymi miłymi słowami, które mam dla siebie, ale przede wszystkim dlatego, że nauczyłem się czegoś bardzo, bardzo ważnego dla mnie.

Felicite

  • Gość
[#]   « 2012-10-18, 23:14:18 »
Clint :)))) :*

muszka91

  • Wiadomości: 668
  • Płeć: Kobieta
  • Status: Obserwator
[#]   « 2012-10-18, 22:59:00 »
Clint bingo, mam to samo. Identycznie. Rozmawiam ze sobą ostatnio sporo i już przestałam prawie podkopywać mojego wewnętrzego maluszka. Daje sobie teraz miejsce by się wypłakać ot co, nic się nie stało kochanie, mamy czas, mogę, lubię siebie, szanuje siebie, kocham , wspieram. Dajmy sobie czas, cenną uwagę, cierpliwość, miłość, bliskość której tak bardzo pragnęliśmy od innych, ale najbardziej od siebie. A znajdą się inni , którzy to tylko potwierdzą.
Twój post dziś mi się już tylko dopełnił. Dzięki