Autor Wątek: Terapia wewnętrznego dziecka  (Przeczytany 189784 razy)

Laka

  • Wiadomości: 2 310
  • Płeć: Kobieta
    • BlueFaerie
  • Andżelika Sobczak, sesje regresingu, wypalanie węzłów karmicznych, masaże Lomi Lomi
  • Status: Uzdrowiciel
[#]   « 2012-08-19, 21:19:01 »
Clint
 
Myślę, że mi się przydało:)

Clint

  • Wiadomości: 2 541
  • Płeć: Mężczyzna
    • Boski Spokój
  • Łukasz Kubiak - https://boski-spokoj.pl/
  • Status: Uzdrowiciel
[#]   « 2012-08-19, 21:05:54 »
Napisałem do Laki dość długą wiadomość o swoich odczuciach związanych z bycie dzieckiem-wpadką, ale uznałem że może się komuś przydam, więc wklejam to także tutaj:

Wcieliłem się do tej konkretnej rodziny z wielu powodów - zarówno takich ogólnych jak chęć dowalenia sobie, potrzeba cierpienia, ujarzmianie strachu czy też bardziej personalnych jak osobiste porachunki z mamą i tatą.

Do dzisiaj nie jestem tego całkowicie pewien, ale moją powierzchowną intencją była zemsta na nich - chciałem umrzeć krótko po urodzeniu, żeby zadać matce ból, ale ta mi zagrała na nosie i cały czas mnie nie chciała, więc prawdopodobnie dlatego przeżyłem żółtaczkę, która kilki dni po moich narodzinach doprowadziła mnie na skraj śmierci (o chorobie akurat wiem od samych rodziców). Nie byłem świadomy intencji, które już wcześniej ułożyły mi taki przebieg tych spraw. W każdym razie tu było straszne pomieszanie z poplątaniem - niby ja chciałem dosrać im, ale tak naprawdę chciałem aby oni dosrali mi, czułem się winny za obie potrzeby, a efekcie dosrywaliśmy sobie nawzajem. Jedno wynikało z drugiego, ale też jednocześnie istniało niezależnie od siebie i się wzajemnie przenikało - widzę to jako jeden, wielki mętlik.

W każdym razie istotnym faktem jest to, że wcielając się gdzie decyzje podejmowała tak naprawdę sama pś na bazie swoich programów i poniekąd wiedziała co robi - to już po wejściu w nowe ciało świadomość się drastycznie zawężała i stawałem się zwykłym płodem nastawionym na przeżycie w nowych warunkach i nie mającym w ogóle świadomości tego, co było wcześniej.

I tutaj zaczynał się dramat. Matka mająca swoje intencje i swoją pś przeczuwającą co się święci - buntowała się i broniła przed intruzem. Jej pś dobrze wiedziała, co mi zrobiła we wcześniejszych wcieleniach, dobrze pamiętała jak się nawzajem mściliśmy na sobie i niszczyliśmy życia. Reakcje na dziecko, na mnie, były dość łatwe do przewidzenia. Problemem było jednak to, że ja w tym momencie już byłem jedynie dzieckiem z zawężoną świadomością, nie czającym w ogóle co i dlaczego się dzieje. Wiedziałem tylko że matka jest organizmem w którym żyje i od którego zależy moje przetrwanie - a ten organizm z jakiegoś powodu był wobec mnie wrogi. Stąd wyrosło u mnie bardzo silne przekonanie, że otaczający świat jest wobec mnie wrogi, że nie chce abym żył i że najlepsze co mogę dla tego świata zrobić to umrzeć, zniknąć. Strasznie się bałem, byłem wręcz sparaliżowany strachem i całkowicie bezsilny. Nie potrafiłem zrozumieć dlaczego muszę żyć w takich warunkach, dlaczego tak jest. To we mnie wzbudziło bardzo silne poczucie niesprawiedliwości. Organizm matki próbował mnie zwalczyć, więc próbowałem także walki, lecz widząc swoją bezsilność i niemożność zdziałania czegokolwiek - poddałem się bezsilności i przekonaniu, że muszę biernie przyjmować ciosy, które dostaje, bo nie ma innego wyboru.

Jednocześnie jak to każde dziecko bardzo pragnąłem miłości, ciepła, wsparcia, akceptacji i całej reszty. Cała zemsta i reszta niefajnych celów odeszła na dalszy plan. Teraz liczyło się przeżycie i zdobycie tych potrzebnych uczuć.

Jak się urodziłem to byłem przerażony nowym światem - wszystko było takie obce, zimne i ponure. Moja mama strasznie się namęczyła podczas porodu i jedyne co pamiętam to jej odczucie ulgi, że "to wreszcie z niej wylazło". Może dlatego byłem wcześniakiem, nie wiem kto bardziej chciał mieć to już z głowy - ja czy ona. W każdym razie znikąd nie mogłem dostać miłości, ciepła czy czegokolwiek miłego. Pamiętam że płakałem z całych sił nie wiedząc co innego mógłbym zrobić. Nie zmieniło to jednak całej sytuacji ani nie poruszyło moich rodziców. Tak się nauczyłem, że kiedy brakuje mi miłości to jedyne co mi pozostaje to wypłakać się dla ulgi, a na nic innego nie mogę liczyć. Potem trafiłem do sali z pozostałymi noworodkami, które też płakały i też były dalekie od szczęścia. "Co za okrutny świat na którym nie ma miłości - jest tylko brak i rozpacz."

Potem było jeszcze gorzej - moja mama nie chciała mnie karmić piersią, mimo że inne mamy to robiły. Wtedy stwierdziłem, że widocznie jestem gorszy od innych dzieci i na to nie zasługuje. Byłem zły i zrozpaczony, nie rozumiałem co ja takiego zrobiłem aby zasłużyć na ten okrutny los. Nie dość że i tak już byłem na tym okrutnym świecie, to jeszcze miałem gorsze traktowanie niż inni. Chciałem już tylko umrzeć, pragnąłem śmierci z całej siły, krzyczałem i ryczałem z całych sił błagając o śmierć.

No i zachorowałem, byłem bliski, prawie wolny... z jakiegoś jednak powodu przeżyłem i wyzdrowiałem. To był szok. A więc nie ma wyjścia, nie ma ratunku - nie mogę już nawet uciec w śmierć, jestem na nich skazany. Byłem zły na mamę, że skoro mnie tak nie cierpi to czemu nie oszczędzi nam obojgu kłopotów i po prostu mnie nie zabije. Prowokowałem więc moich rodziców do tego aby robili mi to co najgorsze, ale najwidoczniej ich rozsądek był na tyle silny, że mnie nie zatłukli.

Dorastałem, a moi rodzice znęcali się coraz bardziej, im starszy byłem tym więcej mogli sobie pozwolić. A ja podświadomie chciałem czuć ten ból, chciałem cały czas obrywać, bo to działało jak narkotyk. Nie byłem tego świadomy wtedy, ale moja pś czuła ekstazę spowodowaną bólem i cierpieniem. Świadomość małego dziecka i podświadomość nieprzytomnego szaleńca to okrutne połączenie. Świadomość cierpi i kompletnie nie rozumie, a podświadomość woła o więcej. Jest coś strasznego w tym, że mamy możliwość istnieć w taki właśnie sposób.

Inga

  • Gość
[#]   « 2012-08-08, 14:17:57 »
Ja mam ten lęk, ogromny, że nie dam rady właśnie z tego poczatkowego okresu gdy nie dawałam rady, bo co bym nie zrobiła to zawsze to było źle ocenione. Nie dałam rady nigdy niczego zrobic dobrze wtedy i teraz mam to samo przekonanie i pewność już na przyszłość. Za nic się nie biorę bo i tak wiem że nie dam rady.

Karina

  • Wiadomości: 3 331
  • Płeć: Kobieta
  • Status: Obserwator
[#]   « 2012-08-08, 14:07:17 »
Inga,

super :)

ja mam bardzo silny kod za który muszę się tez tak wziąść - "Nie dasz rady" jeżeli chodzi o własne działanie.

Blackrose

  • Wiadomości: 1 330
  • Płeć: Kobieta
  • Access Bars, psychoterapia, masaże, uzdrawianie duchowe
  • Status: Zaawansowany
[#]   « 2012-08-08, 14:03:19 »
Też większość rzeczy które robiłam, była zła. Gotowanie, sprzątanie - wszystko było nie tak jak trzeba. Gdy zabierałam się do krojenia chleba, ojciec mówił - daj to lewusie, kiedy ty dorośniesz, daj, bo sobie rękę urżniesz. To było przykre, bo co to za filozofia chleb pokroić. Po prostu robiłam to nieco wolniej, niepewniej, skoro mi wmawiali niezaradność od najmłodszych lat. Mówili mi, że jestem za delikatna, za mała, za dziecinna. Podśmiewali się, gdy próbowałam robić coś, co było według nich niebezpieczne, lub ponad moje siły. Wiem, że to nieprzyjemne. Wyzywanie też znam, ale jedynie ze strony matki. Nie mam teraz zaufania do kobiet i dużo wolniej się ich uczę w kontakcie.

To przykre, że takich rodzin, gdzie wyzwiska i poniżanie są na porządku dziennym, wcale nie ubywa, wręcz przeciwnie - jest coraz więcej. Tam gromadzi się cały pokoleniowy bezsens życia, obwinianie, frustracje i niezrozumienie.

Grażyna Anna

  • Gość
[#]   « 2012-08-08, 13:53:37 »
Inga również jestem pełna podziwu, że stawiłaś czoła tym emocjom :)
Często, pozwolenie sobie na przeżycie emocji i bólu, daje początek zmianom :)

Moja teściowa podobnie działała jak w twojej rodzinie. Też uwielbiali siadać w tzw "rodzinnej atmosferze" i brać na tapetę po kolei każdego z członków rodziny. Jak zaczęła się tykać moich dzieci to podniosłam bunt, bo nigdy mi się to nie podobało. No i spadłam z ukochanej synowej na miejsce czarnej owcy co zieje do nich nienawiścią ;) I dobrze, przynajmniej trzymają się z daleka.

Blackrose

  • Wiadomości: 1 330
  • Płeć: Kobieta
  • Access Bars, psychoterapia, masaże, uzdrawianie duchowe
  • Status: Zaawansowany
[#]   « 2012-08-08, 13:38:44 »
Inga,

to bardzo ciekawe co napisałaś, jednocześnie mam duży szacunek i podziw, że pracujesz nad sobą. Potrafisz się dzielić, pomimo naprawdę trudnych przeżyć i głębokiego smutku w sobie. Też często nie mogę się zmotywować do prostych czynności i odkładam to, lub wykonuję ze znacznym poczuciem przykrości, obowiązku. Dodatkowo pojawiają się we mnie uczucia, że się do niczego nie nadaję. Spróbuję częściowo popracować z Twoim podejściem i zobaczę czy coś się zmieni.

Inga

  • Gość
[#]   « 2012-08-08, 13:26:53 »
Wymyśliłam rewelacyjną metodę pracy z dzieciństwem i chyba powinnam ją opatentować, bo rezultaty są zadziwiające, tylko po 2 krotnym jej zastosowaniu.
I nawet się dziwię dlaczego dopiero teraz na to wpadłam, a to przecież jest takie proste.
Wiem że nie każdego ta metoda zachwyci, a przyda się tylko pewnym osobom na pewnym etapie zdrowienia.

Można by to nazwać – terapia podczas działania.

Mam problemy z wykonywaniem podstawowych prac  domowych do których muszę się bardzo mocno zmuszać, bo tak tego nie lubię robić. A szczególnie nie lubię gotować, a muszę bo muszę coś jeść. Tak samo nie znoszę wykonywania wszelkich zabiegów dotyczących mnie. Sprzątanie wychodzi mi najbardziej a moją ucieczką jest szycie. W dzieciństwie moją ucieczką była zabawa.
Wiele razy się zastanawiałam dlaczego nie lubię tak bardzo gotować i jedyne co mi przyszło to że przejęłam to od mamy.
Postanowiłam wykorzystać ten mój problem po to aby dzięki temu móc wejść w swoje przykre uczucia.
Bo nieraz próbuję coś sobie przypomnieć z dzieciństwa, próbuję coś poczuć i nic mi nie wychodzi. Świat emocjonalny mojego dzieciństwa jest dla mnie zamknięty. Nie potrafię wejść w tamte emocje bo są zbyt straszne.
Więc wymyśliłam sposób aby się wepchnąć w te emocje na siłę, pomimo tego że bardzo się tego boję i bardzo tego nie chcę.

Weszłam do kuchni i zamiast jak zwykle wmawiać sobie że gotowanie jest proste i łatwe, postanowiłąm poczuć pełną mocą jak bardzo go nienawidzę, jednocześnie zabierając się za pracę. I zaczęły mi się pojawiać okropne uczucia, a ja je na bieżąco wyrażałam poprzez gesty ciała oraz krzyki, ryki i jęki. Ze względu na sąsiadów nie mogłam wrzeszczeć pełną parą a to by mi najbardziej pomogło. I gdy tak wyrażałam swoje emocje, jednoczesnie wykonując to czego tak bardzo się bałam, zaczęło mi się przypominać to co się działo w okresie gdy miałam 1-4 lata.

Całe życie rodziny było skoncentrowane w malutkiej kuchni, gdzie się gotowało. I w tej kuchni cała rodzina przekonywała mnie że jestem głupia. Powtarzali mi to co chwila, przy każdej okazji. Bo taki był u nas zwyczaj, norma że drugiego się atakowało, wyśmiewało, poniżało -  jak to jest we zwyczaju  u magów. Cokolwiek chciałam zrobić, cokolwiek powiedzieć czy się poruszyć, od razu słyszałam że jestem głupia i że robię wszystko źle. W tej sytuacji nie było możliwe robienie czegokolwiek, bo zawsze słyszałam że jestem głupia. Wytworzył się we mnie silny lęk przed jakąkolwiek aktywnością, bo każda moja czynność świadczy o tym że jestem głupia. Aby nie być głupią nie mogę robić niczego.
A wtedy aby nie być głupią musiałam siedzieć cicho i nie poruszać się.
Długo trwały ( przez cały czas gotowania) te moje jęki i krzyki, te których nie mogłam wyrazić wtedy, bo przecież od razu słyszałam że jestem głupia, a  teraz wreszcie sobie na to pozwoliłam.
To obecne wejście w tamten okres, przypomnienie sobie tego co było, świadome przeżycie tamtych lęków, frustracji, obejrzenie tej sytuacji z pozycji dorosłego w dużym stopniu uzdrowiło tamtą traumę. Poczułam się inaczej.

Ponieważ moja niechęć do gotowania nic się nie zmniejszyła postanowiłam ten eksperyment powtórzyć na drugi dzień.
Znów miałam te okropne uczucia że tylko chciałam uciekać z kuchni i siłą się zmuszałam aby zacząć gotować.  Znów weszłam w te uczucia od których uciekałam i których tak nie chciałam czuć, zaczęłm wyć i ryczeć jak zwierz, ale nie aż tak głośno. No i zaczęło mi się przypominać:
Przez moje najwczęśniejsze lata życia moja rodzina odbudowała całe gospodarstwo stawiając wszystkie budynki łącznie z domem. I przez te lata mama ciągle gotowała robotnikom, którzy budowali te budynki. Nie miała czasu aby się mną zajmować i aby mnie gotować. Bo dobre jedzenie było dla robotników a dla mnie już nie było mięsa. Dla mnie też nie było czasu, za to byłam traktowana jako coś co przeszkadza. Tylko ciągle odganiana. A ja tak bardzo potrzebowałam mamy że nie mając możliwości aby zwrócić na siebie uwagi, musiałam włożyć nogę do wrzątku, do tej zupy dla robotników. Przy ściąganiu rajstop zeszła mi z nimi cała skóra.
O nodze wiem tylko od mamy, ja sobie tego nigdy nie przypomniałam.
 Wczuwałam się w te uczucia i nawet zaczynałam czuć do mamy nienawiść gdy usłyszałam pukanie. To zaniepokojeni sąsiedzi przyszli zapytać co się dzieje bo słychac jakieś jęki i dziwne dźwięki. Pytali czy wszystko w porządku. Skłamałam że mam bóle ale że biorę środki przeciwbólowe. Nie wiem czy uwierzyli, ale już było po terapii. Niestety ale w bloku wszystko słychać.

Nie dużo mi się udało zrobić ale efekt jest nadspodziewanie duży. Czuję dużą różnicę w samopoczuciu i czuję nadzieję że uda mi się wyjść z tej choroby. Nawet poczułam że moja przyszłość się zmieniła.


Karina

  • Wiadomości: 3 331
  • Płeć: Kobieta
  • Status: Obserwator
[#]   « 2012-08-08, 12:31:52 »
Yes, ser ;)

Jeśli mam ugruntowane poczucie bezpieczeństwa, to i w piekle poczuję sie bezpiecznie.;))

Iustitia

  • Gość
[#]   « 2012-08-08, 11:54:31 »
Karina
czyli obu nam wyszlo bezpieczeństwo. Bezpieczne dziecko ani się nie musi przywiązywać, a może rozumieć /akceptując Siebie w calości poza wyobrażenia rodziców, swiata, pani z sąsiedztwa/ i nadal być bezpieczne:)

Karina

  • Wiadomości: 3 331
  • Płeć: Kobieta
  • Status: Obserwator
[#]   « 2012-08-08, 11:27:35 »
Iustitia

A mi wyszło, że zrozumienie, że nikt i nic nie może Ci zapewnić bezpiecznej egzystencji poza samym Tobą i akceptacja tego to się nazywa dorosłość.:)

Iustitia

  • Gość
[#]   « 2012-08-07, 22:30:13 »
Może komuś sie przydadzą moje ostatnie przemyślenia.

Kiedy zbyt długo wspieramy innych nie zauważamy, kiedy porzucamy siebie i im dłużej to trwa tym bardziej uważamy to za stan normalny.

Ta sytuacja często zaczyna się w dzieciństwie, kiedy to mamy niedojrzałych opiekunów i gramy role ratowników dla nich, żeby nie czuć własnego bólu, że sami nie dostajemy wsparcia. Tak naprawdę doznajemy porzucenia, więc później porzucamy sami siebie i traktujemy to jako normę. Najlepiej znana rola ratownika dominuje nasze życie, dopóki nie dopadnie nas depresja i nie zmusi do przewartościowania podejścia do siebie i życia.
Mi wyszlo, że to dziecko szuka czegos, co zapewni mu bezpieczną egzystencję. Przerażone dziecko, bo rodzice z latwością szafują "baba jaga Cię zabierze czy pani CIę zabierze, jak będziesz taki /-->nie taki jak oczekuję/" .  Skoro dziecko na miłość nie ma co liczyć to w interesie dziecka jest przywiązać się, żeby przeżyć.

Karina

  • Wiadomości: 3 331
  • Płeć: Kobieta
  • Status: Obserwator
[#]   « 2012-08-07, 16:13:19 »
Może komuś sie przydadzą moje ostatnie przemyślenia.

Kiedy zbyt długo wspieramy innych nie zauważamy, kiedy porzucamy siebie i im dłużej to trwa tym bardziej uważamy to za stan normalny.

Ta sytuacja często zaczyna się w dzieciństwie, kiedy to mamy niedojrzałych opiekunów i gramy role ratowników dla nich, żeby nie czuć własnego bólu, że sami nie dostajemy wsparcia. Tak naprawdę doznajemy porzucenia, więc później porzucamy sami siebie i traktujemy to jako normę. Najlepiej znana rola ratownika dominuje nasze życie, dopóki nie dopadnie nas depresja i nie zmusi do przewartościowania podejścia do siebie i życia.


Iustitia

  • Gość
[#]   « 2012-08-01, 22:08:04 »
3 dni z dzieciakami na placu zabaw-dla mnie bezcenne:)

Witek D.

  • Wiadomości: 1 939
  • Płeć: Mężczyzna
    • Dotykduszy.com
  • Witold Dopierała, regresing, analizy psychometryczne i duchowe. Zapraszam na http://dotykduszy.com/
  • Status: Regreser
[#]   « 2012-08-01, 15:39:12 »
Proszę tego typu dyskusje które się tu wcześniej rozwinęły przenosić czy w ogóle zachowywać na poziomie prywatnym :)