Napisałem do Laki dość długą wiadomość o swoich odczuciach związanych z bycie dzieckiem-wpadką, ale uznałem że może się komuś przydam, więc wklejam to także tutaj:
Wcieliłem się do tej konkretnej rodziny z wielu powodów - zarówno takich ogólnych jak chęć dowalenia sobie, potrzeba cierpienia, ujarzmianie strachu czy też bardziej personalnych jak osobiste porachunki z mamą i tatą.
Do dzisiaj nie jestem tego całkowicie pewien, ale moją powierzchowną intencją była zemsta na nich - chciałem umrzeć krótko po urodzeniu, żeby zadać matce ból, ale ta mi zagrała na nosie i cały czas mnie nie chciała, więc prawdopodobnie dlatego przeżyłem żółtaczkę, która kilki dni po moich narodzinach doprowadziła mnie na skraj śmierci (o chorobie akurat wiem od samych rodziców). Nie byłem świadomy intencji, które już wcześniej ułożyły mi taki przebieg tych spraw. W każdym razie tu było straszne pomieszanie z poplątaniem - niby ja chciałem dosrać im, ale tak naprawdę chciałem aby oni dosrali mi, czułem się winny za obie potrzeby, a efekcie dosrywaliśmy sobie nawzajem. Jedno wynikało z drugiego, ale też jednocześnie istniało niezależnie od siebie i się wzajemnie przenikało - widzę to jako jeden, wielki mętlik.
W każdym razie istotnym faktem jest to, że wcielając się gdzie decyzje podejmowała tak naprawdę sama pś na bazie swoich programów i poniekąd wiedziała co robi - to już po wejściu w nowe ciało świadomość się drastycznie zawężała i stawałem się zwykłym płodem nastawionym na przeżycie w nowych warunkach i nie mającym w ogóle świadomości tego, co było wcześniej.
I tutaj zaczynał się dramat. Matka mająca swoje intencje i swoją pś przeczuwającą co się święci - buntowała się i broniła przed intruzem. Jej pś dobrze wiedziała, co mi zrobiła we wcześniejszych wcieleniach, dobrze pamiętała jak się nawzajem mściliśmy na sobie i niszczyliśmy życia. Reakcje na dziecko, na mnie, były dość łatwe do przewidzenia. Problemem było jednak to, że ja w tym momencie już byłem jedynie dzieckiem z zawężoną świadomością, nie czającym w ogóle co i dlaczego się dzieje. Wiedziałem tylko że matka jest organizmem w którym żyje i od którego zależy moje przetrwanie - a ten organizm z jakiegoś powodu był wobec mnie wrogi. Stąd wyrosło u mnie bardzo silne przekonanie, że otaczający świat jest wobec mnie wrogi, że nie chce abym żył i że najlepsze co mogę dla tego świata zrobić to umrzeć, zniknąć. Strasznie się bałem, byłem wręcz sparaliżowany strachem i całkowicie bezsilny. Nie potrafiłem zrozumieć dlaczego muszę żyć w takich warunkach, dlaczego tak jest. To we mnie wzbudziło bardzo silne poczucie niesprawiedliwości. Organizm matki próbował mnie zwalczyć, więc próbowałem także walki, lecz widząc swoją bezsilność i niemożność zdziałania czegokolwiek - poddałem się bezsilności i przekonaniu, że muszę biernie przyjmować ciosy, które dostaje, bo nie ma innego wyboru.
Jednocześnie jak to każde dziecko bardzo pragnąłem miłości, ciepła, wsparcia, akceptacji i całej reszty. Cała zemsta i reszta niefajnych celów odeszła na dalszy plan. Teraz liczyło się przeżycie i zdobycie tych potrzebnych uczuć.
Jak się urodziłem to byłem przerażony nowym światem - wszystko było takie obce, zimne i ponure. Moja mama strasznie się namęczyła podczas porodu i jedyne co pamiętam to jej odczucie ulgi, że "to wreszcie z niej wylazło". Może dlatego byłem wcześniakiem, nie wiem kto bardziej chciał mieć to już z głowy - ja czy ona. W każdym razie znikąd nie mogłem dostać miłości, ciepła czy czegokolwiek miłego. Pamiętam że płakałem z całych sił nie wiedząc co innego mógłbym zrobić. Nie zmieniło to jednak całej sytuacji ani nie poruszyło moich rodziców. Tak się nauczyłem, że kiedy brakuje mi miłości to jedyne co mi pozostaje to wypłakać się dla ulgi, a na nic innego nie mogę liczyć. Potem trafiłem do sali z pozostałymi noworodkami, które też płakały i też były dalekie od szczęścia. "Co za okrutny świat na którym nie ma miłości - jest tylko brak i rozpacz."
Potem było jeszcze gorzej - moja mama nie chciała mnie karmić piersią, mimo że inne mamy to robiły. Wtedy stwierdziłem, że widocznie jestem gorszy od innych dzieci i na to nie zasługuje. Byłem zły i zrozpaczony, nie rozumiałem co ja takiego zrobiłem aby zasłużyć na ten okrutny los. Nie dość że i tak już byłem na tym okrutnym świecie, to jeszcze miałem gorsze traktowanie niż inni. Chciałem już tylko umrzeć, pragnąłem śmierci z całej siły, krzyczałem i ryczałem z całych sił błagając o śmierć.
No i zachorowałem, byłem bliski, prawie wolny... z jakiegoś jednak powodu przeżyłem i wyzdrowiałem. To był szok. A więc nie ma wyjścia, nie ma ratunku - nie mogę już nawet uciec w śmierć, jestem na nich skazany. Byłem zły na mamę, że skoro mnie tak nie cierpi to czemu nie oszczędzi nam obojgu kłopotów i po prostu mnie nie zabije. Prowokowałem więc moich rodziców do tego aby robili mi to co najgorsze, ale najwidoczniej ich rozsądek był na tyle silny, że mnie nie zatłukli.
Dorastałem, a moi rodzice znęcali się coraz bardziej, im starszy byłem tym więcej mogli sobie pozwolić. A ja podświadomie chciałem czuć ten ból, chciałem cały czas obrywać, bo to działało jak narkotyk. Nie byłem tego świadomy wtedy, ale moja pś czuła ekstazę spowodowaną bólem i cierpieniem. Świadomość małego dziecka i podświadomość nieprzytomnego szaleńca to okrutne połączenie. Świadomość cierpi i kompletnie nie rozumie, a podświadomość woła o więcej. Jest coś strasznego w tym, że mamy możliwość istnieć w taki właśnie sposób.