Już wiem dlaczego tak nie lubię wybaczania a nawet nie mam ochoty na uzdrawianie relacji z ludźmi. Bo i jedno i drugie ma prowadzić do zbliżenia się do siebie, pogłębienia relacji, pogodzenia się, wybaczenia krzywd i zaprzestania złości, do lep szych wzajemnych stosunków a może nawet do polubienia się.
W pracy mam współpracownika który mi przypomina ojca i którego bardzo się boję. On chodzi głośno tak jak ojciec, jest milkliwy, silny psychicznie, mało uprzejmy i nie zaczyna ze mną rozmów.
Uzdrowienie z nim realcji ma spowodować że zacznę go dostrzegać takim jak to mi pisała Grażyna, zacznę go akceptować takim jaki jest, polubię go i zacznę z nim prowadzić żywe rozmowy. Bo przecież ludzi trzeba lubić i widzieć w nich dobro.
„Uczenie się akceptowania ich takimi jakimi są i postrzegania ich jako barwnych, wielowymiarowych obrazów bez potrzeby nadawania im etykietek, które zubożają ten obraz.”
Tak powinnam postępować wobec ludzi – uczyć się ich akceptować a przebaczenie oraz uzdrawianie z nimi relacji ma mnie do tego doprowadzić. Taki jest tego cel.
Siedzę w pracy i obserwuję moje odczucia wobec tego człowieka. I co mi wychodzi? Że ja absolutnie nie chcę mu wybaczać, nie chcę się do niego zbliżać, nie chce go widzieć jako wielobarwnej i wielowymiarowej istoty, nie chcę go akceptować ani lubić.
Ja chcę móc mu powiedzieć co o nim myślę, móc się zachowywać tak jak sama chcę, móc mówić to co chcę i jak chcę, mieć prawo do tego aby go nie lubić, aby mieć o nim złe zdanie.
Mam dość wmawiania sobie że ludzie są dobrzy a tylko ja ich źle postrzegam. Chcę mieć prawo do tego aby się na nich złościć a nawet krzyczeć. A ciągle słyszę że mam im wybaczać i dążyć do zgody. Ja nie chcę zgody z tym człowiekiem, ja chcę robić to na co mam ochotę i przestać go zadowalać.
Mam dość chwalenia go i wyszukiwania jego zalet, podnoszenia jego wartośći po to aby on się dobrze czuł.
Dzisiaj nie zaczynam z nim rozmowy a on też jak zwykle milczy. Czy za wszelką cenę powinnam dążyć do zgody i być dla niego miła? Dodam że on mnie nie atakuje ani nie robi mi niczego złego i ogólnie jest wobec mnie w porządku, poza tym że bywa niemiły i opryskliwy.
Mam zamiar iść w kierunku przeciwnym w relacji z nim niż dążenie do zgody, akceptacji, szacunku, bycia miłą i uprzejmą czyli w kierunku przeciwstawiania się mu i niezgody.
W relacjach z ludźmi chciałabym się zachowywać zgodnie z tym co czuję a nie zgodnie z tym co powinnam robić.
I w dalszym ciągu nie wiem co miałam zrobić z tym odczuciem że Sylwia czuję się lepsza.
Miałam w sobie zdusić to odczucie i sobie powiedzieć że to nieprawda ponieważ ona jest wielobarwna i wielowymiarowa?
Miałam sobie powiedzieć że to nieprawda i tak tylko mi się wydaje bo mam kompleks niższości wobec arystokracji?