Półtora roku pracy, najpierw z dekretami, RW, teraz już tylko, choć od samego początku dla mnie samej najważniejsze, codzienne medytacje. I coraz bardziej widoczne zmiany : pozytywne myślenie o przyszłości zamiast rozpamiętywania tego, co nie wyszło, uwolnienie od największych lęków: o zdrowie, bezpieczeństwo i finanse, więcej energii (dopóki nie przyszedł mróz przez parę miesięcy co kilka dni biegałam wokół osiedla), w relacjach coraz bardziej lekko, a ci, z którymi było "nie po drodze" jakoś sami zamilkli. Ale przede wszystkim wreszcie uznałam, że nie muszę wszystkiego wiedzieć - co wpajano mi od dziecka - i nie robię dokładnych planów, nie upieram przy mojej (wyuczonej) wizji świata. Coraz bardziej ufam sile większej od wszystkiego co znam, co "źródłem, drogą, światłem i celem". I ze zdziwieniem, jeszcze, patrzę, jak dzieją się cuda... Pieniądze przychodzą według potrzeb, konflikty sie rozwiązują, a czasem ten, co chciał mi dopiec nagle sam biegnie z pomocą, jak koleżanka, która zablokowała mi urlop, obrobiła tyłek, że przecież mając mniejsze dziecko ma większe do niego prawo, a dziś przyszła poinformować, że jednak rezygnuje - bez podania przyczyny
Ech, życie jednak jest piękne

)